Pages

poniedziałek, 22 lipca 2013

Lapidaria izraelskie, cz. 2: ŚNIADANIA

Mahane Yehuda, targ w Jerozolimie
Wracamy do Izraela, dzisiaj w końcu ;) będzie o jedzeniu, głównie w wersji śniadaniowej.

1. PIERWSZE ŚNIADANIE:

Tego ranka, gdy zaszliśmy na telawiwską plażę, zjedliśmy pierwsze śniadanie. Rozstawiliśmy swój kram na wilgotnym plastikowym stoliku, rozsiedliśmy się na krzesełkach i zajadaliśmy się kawałkami pity i małymi ogórkami (które  zwą tu się malafafony) maczanymi w hummusie z pieczoną papryką.

Nasz zestaw śniadaniowy przez kolejne dni najczęściej składał się właśnie z pity i kilku kupionych w sklepie pudełeczek – hummusu, pasty z pieczonego bakłażana czy z pieczonej papryki. Po siedmiu dniach pobytu w Izraelu nie miałam go dosyć.


Na targu w Hebronie;
Malafafony z Hebronu;
2. PITU-PITU:

Pita jest tu najtańszym i najpopularniejszym rodzajem pieczywa – niejednokrotnie widziałam robotników, matki, dzieci idące z siatkami pełnymi tego wypieku. Izrael pitą stoi: je się je w Hebronie, w Tel Avivie czy Jerozolimie. Na ulicach w Polsce koło śmietników widać niekiedy suche kawałki chleba, w Izraelu były to kawałki pity.

Jeśli akurat nie jedliśmy pit, to dlatego, że wróciliśmy z marketu z obwarzankiem (z sezamem, za’atarem) albo hallach – „naszą”  chałką. 

Pity z targowiska w Hebronie (Autonomia Palestyńska)
Pity z targowiska w Jerozolimie;
Targowisko w Jerozolimie;  
3. HUMUS/HUMMUS:

Sklepowe półki uginają się od hummusu, w każdym markecie pojemniczki z tym przyrządzonym na tysiąc sposobów dipem zajmują całą ścianę. Wielkie misy hummusu stoją w każdym barze, bo jego miseczka podawana jest niemal do każdej potrawy.

Ten sklepowy był gładszy, a podawany w barach był bardziej ziarnisty, crunchy, nie miał jednolitej struktury i przypominał hummus, który sama robię w domu. Niektóre wersje były mocno czosnkowe, w innych pierwsze skrzypce grała tahina, czasem aromat cytryny był silniejszy. Hummus podawano z tysiącem dodatków, ale moim ulubionym został ten z pieczoną papryką. Pyszne były również pudełeczka z warstwą pieczonego bakłażana, z dodatkiem za’ataru, ostrych papryczek czy kulek ciecierzycy…

Najlepszy hummus jadłam w Hebronie, w barze, do którego zabrał nas kompan, z którym podróżowaliśmy po Autonomii Palestyńskiej. W barze King of Falafel podano nam ogromne misy hummusu hojnie polanego pyszną oliwą. Towarzyszyły mu piklowane ogórki, płaty słodkiej cebuli (ta w ogóle nie miała goryczy), pomidory, kiszony kalafior, falafelki i rzodkiewki… To był najpyszniejszy i najtańszy posiłek w Izraelu – za wielką ucztę zapłaciliśmy 15 szekli, tj. ok. 13 zł od osoby (podczas gdy takie posiłek w Jerozolimie czy Tel Avivie to co najmniej podwójny koszt). 





Na przedzie półka z hummusem;
5. BAKŁAŻANOWE MISTRZOSTWO:

Obok hummusu, na naszym stole pojawiał się kolejny pojemniczek, najczęściej z bakłażanem w oliwie albo sosie pomidorowym, na ostro. Bakłażan często przewijał się w naszym menu, zwykle był pieczony i zalany dobrej jakości oliwą.

Nigdzie nie jadłam tak pysznych potraw z tym warzywem, jak w Izraelu – jego mieszkańcy do perfekcji opanowali sztukę przyrządzania tego warzywa.




5. SER I OLIWKI:

Czasem kupowaliśmy oliwki – ja najbardziej lubię te lekko pomarszczone czarne, choć zielone też smakowały rewelacyjnie.

Jako że ser i oliwki to składowe popularnego w Izraelu śniadania, obok oliwek pojawiał się u nas  labneh (labaneh), kremowy słony serek. Wystarczyło rozsmarować go na pieczywie, chlusnąć nań nieco oliwy i posypać za’atarem. Raz jedliśmy też twardy, słony owczy ser – z oliwkami i świeżym pomidorem stanowił idealne połączenie.

Pewnego dnia na telawiwskim targowisku Karmel, w sąsiedztwie którego mieszkaliśmy, kupiliśmy opakowanie śledzi, były miękkie i delikatne.





Izraelskie śniadanie: ser, oliwki, pomidor, malafafony;
 6. SZAKSZUKA:

Shakshuka to kolejna ważna pozycja śniadaniowa w izraelskim menu. Widnieje w karcie każdej szanującej się restauracji. Oczywiście i ja zjadłam swoją porcję – w telawiwskiej Cafe Barnash* podano mi ją w towarzystwie świeżego pieczywa, klasycznej izraelskiej surówki, która pojawia się na stole przy każdej okazji (pisze o niej w „Jerusalem” też Yotam Ottolenghi, tam widnieje jako „israeli chopped salad”). Surówka składa się z drobno pokrojonego pomidora i ogórka, czasem pojawia się w niej słodka delikatna  cebulka, czasem pietruszka. Obok sałatki podano miseczkę z tahiną, a w oddzielnej misce znalazł się hummus.

Pewnego poranka w Tel Avivie do mojego nosa dobiegł zapach szakszuki – to sąsiadka z domu obok przygotowywała ją na śniadanie.

* więcej o Cafe Barnash przeczytacie w mojej recenzji na stronie Kukbuka;
Szakszuka w Cafe Barnash w Tel Avivie;
Jeden z telawiwskich barów;
6. KAWA, KAWUSIA, KAWUNIA:

Po śniadaniu lubię wypić kawę. Ta izraelska jest naprawdę pyszne - aromatyczna, głęboka w smaku, pachnąca.

Jeśli nie piliśmy jej „na mieście”, siadałam na tarasie naszego telawiwskiego mieszkania i delektowałam się smakiem i zapachem kardamonowej. Jej sekretem jest to, że jej ziarna mielone są bezpośrednio z całymi ziarnami kardamonu. Dzięki temu przyprawa ma taką samą grubość jak kawa i nie osadza się niesympatycznym pyłkiem na dnie kubka.

Kardamonowa kawa w Tel Avivie;


Stoisko z napojami w arabskiej części TA i mrożona kawa z telawiwskiej plaży;
Na filiżance: Cafe Barnash, TA;
Koniec części drugiej lapidariów, nie ostatniej :) W następnym odcinku zahaczę o Jerozolimę, a może też uda mi się zabrać Was do Palestyny.

Relaks z komórą w Jaffie;

16 komentarzy:

  1. Piękna podróż, pełna zapachów!

    OdpowiedzUsuń
  2. Aniu, piękny wpis! Chyba jeden z moich ulubionych na Twoim blogu, naprawdę. Idę czytać/ogladać jeszcze raz :)

    OdpowiedzUsuń
  3. Z przyjemnością przeczytałam do porannej herbaty, dziękuję, że się z nami podzieliłaś!

    OdpowiedzUsuń
  4. Piekne zdjecia, cudowny wpis,
    i wszytsko co lubie :-) Te roznorakie hummusy przyprawiaja o zawrpt glowy,
    nie wiem jak poradzilabym sobie z wybieraniem, ktory sprobowac jakos nastepny :-)

    OdpowiedzUsuń
  5. świetnie się czyta i ogląda :) jakoś mnie wcześniej nie ciągnęło w tym kierunku, ale widzę że powoli mi się to zmienia :) pozdrawiam :)

    OdpowiedzUsuń
  6. Ech, wróciłam do Izraela za sprawą Twoich zdjęć i relacji, Aniu! Chyba z tęsknoty zrobię sobie hummus i sałatkę oraz upiekę bakłażany...
    Pozdrawiam :)

    OdpowiedzUsuń
  7. Swietny wpis, na pewno do niego wroce, jesli kiedys bede sie wybierac w tamte strony :)

    OdpowiedzUsuń
  8. Dziękuję za ten wpis, mam nadzieję, że mi się wkrótce przyda (prędzej, czy później, byle w ogóle!;)

    OdpowiedzUsuń
  9. Aniu jak Ty ten wpis nazywasz brakiem weny, to ja nie wiem co mam powiedzieć o swojej! Genialne zdjęcia, bardzo jasne, słoneczne, soczyste i zachwycające. Mogłabym tak wymieniać i wymieniać bez końca...
    Chcę tam pojechać. Na długo :)

    OdpowiedzUsuń
  10. Bardzo przyjemnie mi się czytało i ogladało zdjęcia. Od razu zachciało mi się ugotować coś z Ottolenghi'ego:-) miłego wieczoru, pozdrawiam!

    OdpowiedzUsuń
  11. Oj, narobiłaś mi smaka na Izrael. Mam nadzieję, że kiedys tam dotrę, bo zdjęcia do tego zdecydowanie zachęcają. Lubię patrzeć na świat Twoimi oczami, na Twój świat. W opisach zabrakło mi tylko informacji na to, czymś jest szakszuka.

    OdpowiedzUsuń
  12. Na liście miejsc do odwiedzenia... na razie pozostaje mi podjadać hummus i czytać Rees'a

    OdpowiedzUsuń
  13. Z chęcią spakowałbym walizkę i z miejsca tam wyruszyła. Zobaczyć Tel Awiw to moje marzenie. Muszę coś z tym zrobić :) Fantastyczna relacja i piękne zdjęcia.

    OdpowiedzUsuń

Ze względu na ogromną ilość spamu, jaka zalewała blog, musiałam wprowadzić weryfikację obrazkową. Za uciążliwości z tym związane przepraszam.