Rozpakowywanie walizki: przywiezione z Izraela


W przeciwieństwie do wielu osób, lubię się rozpakowywać - wyładowanie walizki po podróży   stanowi dla mnie pewne podsumowanie wyjazdu.

Sortuję ubrania, przeglądam zgromadzone podczas podróży ulotki, paragony i wizytówki, układam na blacie kuchennym nowe nabytki (wśród tych ostatnich oczywiście prym wiodą rzeczy związane z kulinariami). 

Znajduję zapomnianą muszelkę z telawiwskiej plaży, kawałek soli z Morza Martwego, wizytówkę palestyńskiego taksówkarza, lakier do paznokci - podarunek od handlarza z  Karmelu i mapę Jerozolimy w języku rumuńskim. Za każdym przedmiotem kryje się jakaś historia albo przynajmniej barwne wspomnienie. 

Z Izraela przywiozłam kawę z kardamonem, którą z lubością spijałam każdego poranka w Tel Avivie, daktylowe smarowidło do ciast i kanapek, pokaźną ilość chałwy, rulonik amardine i kawałek malbanu z telawiwskiego targu, kupiony w Hebronie za'atar i sumak oraz dwie słone mieszanki przypraw z jerozolimskiego Shuku*. 

A teraz przechodzę do kolejnego etapu - zgrywania zdjęć z wyjazdu. Jest ich nieprzyzwoicie dużo...

Etykiety: ,