Truskawka w Operze

Fot. Wojciech Gajewski
 Jak zwykle jestem jedną z ostatnich! Napisała już o tym weekendzie Magda, napisał Zuch, Kominek się rozpisał na kilku stronach, a ja nic. A warto coś napisać o minionym weekendzie, bo działo się, oj działo, jako że znalazłam się w gronie blogerów zaproszonych na piąte urodziny Opera Software w Polsce.

fot. W. Gajewski
 A więc od początku: było nas siedmioro. Była Magda z Cakes and the City, była Dorota z Pozytywnej Kuchni, była Alina z Brunette’s Heart, był Zuch z Zuch próbuje rysować, był Przemek ze Spider’s Web i Mc Silk, którego niektórzy z Was mogą znać jako najszybszego rapera świata. 

Nad całą okołoblogową trzódką panował Mirek, co chyba nie było łatwym zadaniem, bo grupka była wyjątkowo niesubordynowana, spóźnialska i nieokiełznana. Przyznam, że najczęstszą przyczyną spóźnień były śniadania hotelowe… Gorące croissanty i Nutella, świeże owoce, koktajle, bułeczki, caprese, pasta jajeczna (yes, yes, yes!) czy chrupiące plasterki bekonu sprawiały, że ciężko było mi się rozstać z hotelową restauracją… Na drugim miejscu moich prywatnych opóźniaczy była wielka wanna w moim pokoju – odkąd odkryłam, że żel pod prysznic tworzy największą pianę na świecie, wynurzenie się z bąbelków nie było łatwym zadaniem. 

fot. Wojciech Gajewski
 Ale udał się wynurzyć z piany i tak oto w ramach akcji „Operacja talent”, ja i pozostała szóstka znaleźliśmy się w panelu dyskusyjnym prowadzonym przez Pawła Tkaczyka. Po naszej dyskusji odbyła się prezentacja produktów Opery, podczas której poznałam bardzo fajną funkcję przeglądarki, której tu szczegółowo nie opiszę, bo zajęłoby mi to wiele czasu, a i tak niewielu z Was cokolwiek by to powiedziało… Musicie więc wierzyć mi na słowo: Opera ma kilka fajnych trików i zamierzam je u siebie przetestować.

Obok pysznych śniadań i mądrych dyskusji, były jeszcze budzące zazdrość wycieczki. Taka na przykład wyprawa do biura Opera Software niechybnie wzbudziła zazdrość u większości z nas. Czy Wy wiecie, że oni tam w Operze mają pokój zabawy ze stołem bilardowym, stołem do ping-ponga, automatami do gier, mają panią masażystkę, która pomasuje wymęczone plecy skołatanemu programiście, mają patery świeżych owoców w kuchni? Niestety, Opera nie potrzebuje działu prawnego… 

Zwieńczeniem wyjazdu była wielka impreza z okazji pięciolecia Opery w Polsce. Z tej okazji pomalowałam paznokcie na granatowo, wbiłam się w małą-czarną z koronki, bardzo wysokie szpilki i razem z Mc Silkiem w pięknym t-shircie z napisem <dziadostwo> oraz Kominkiem w niebieskim sweterku (chłopaki nie zostali poinformowali o tym, że impreza ma charakter wieczorowy ;) i całą resztą obejrzałam występ prowadzony przez L.U.C.’a. Jako że nasz blogerski stolik znajdował się w idealnym strategicznie miejscu, tuż po występie wsuwaliśmy już klopsiki, pieczone ziemniaki, bakłażana, kawior i roladki z łososia, zapijając całość białym winem. 
Następnie przenieśliśmy się do klubu Loft na drinki, gdzie szalał gibki zręczny barman, który zaciągnął mnie za bar i kazał podrzucać szklanki. Całe zdarzenie sfilmował niejaki Kominek i obdarzył głupim tytułem, na który się zgodziłam, by podnieść mu oglądalność ;) O, tutaj możecie zobaczyć to nagranie (tak, ta pierwsza szklanka mi spadła; nie, nie stłukła się – podłoga była tam gumowa!).
A potem z żalem musiałam się przerzucić z wielkiego łóżka z miękkimi poduszkami na twardą kuszetkę na trasie Wrocław-Gdańsk w przedziale o aromacie kiełbasy… Ot, życie. Spoglądam więc jeszcze na reporterski przekaz z pokoju hotelowego wykonany przez Kominka (tak, te pokoje w hotelu Granary La Suite naprawdę były takie fajne, wanna taka wielka, a chipsy takie drogie!), odpalam mój ulubiony i jakże dziś aktualny kawałek Mc Silka – Poniedziałek i ruszam się wypakować. 
Thanks, Opera!

Etykiety: