piątek, 17 lipiec 2009

O czereśniach, słodkich wygranych i konfiturze babci Róży

Piątek... Po wczorajszym oberwaniu chmury lato wraca do siebie - upał kładzie na miasto swą ciężką łapę. Moje szare komórki się gotują, obroty umysłu się zwolniły, wskutek czego i ja, i Kodeks Karny jesteśmy już sobą zmęczeni.

W ramach odpoczynku odpowiem na komentarz Oli, która wywołała mnie do odpowiedzi. Ale najpierw zasady:

"1. podać linka do bloga osoby, która nas 'ustrzeliła’,
2. zacytować u siebie 'zasady' zabawy,
3.
napisać sześć rzeczy o sobie,
4. 'ustrzelić' następnych sześć osób,
5. uprzedzić wybrane osoby, zostawiając komentarz na ich blogu."

Jako że niektórzy z Was mogą nie lubić takich zabaw, nie będę się narażać i nie wytypuję moich 6 osób. I w ten oto brzydki sposób utnę łańcuch ;)

1. Od jakiegoś czasu moim głównym zajęciem jest połykanie artykułów i paragrafów. Piję coraz więcej kawy, mam coraz mniej sił i tylko drobne przyjemności życia codziennego trzymają mnie przy życiu. Ot, na przykład pisanie tej notki, ćwierć kilograma pękatych czereśni czy ...



2. ... nieduża paczka, na którą czekam od kilku dni. Ma bowiem przyjść do mnie ksiażka, którą wygrałam pisząc maila do pewnej stacji radiowej. Tematem audycji były pasje, napisałam więc kilka słów o mojej pasji, ale tu Was zaskoczę - nie o tej oczywistej (vide:Strawberries), a o...

3. ... moim zamiłowaniu do wygrywania konkursów. Musicie bowiem wiedzieć, że od schyłku podstawówki biorę udział w konkursach, w których trzeba napisać kilka słów na zadany temat. Na moim koncie mam ok. 40 wygranych i nie zamierzam na tym poprzestawać ;)
Czekam więc na ostatnią wygraną, w międzyczasie skubiąc (bo na poważne czytanie nie mam czasu)...

4. ... dwie ksiażki, które pojawiły się u mnie tydzień temu. Mowa "Homemade life" cudownej Molly i "Chocolate & Zucchini" autorstwa Klotyldy.* Nie mogę się doczekać, kiedy się w nie (książki, nie Molly i Klotyldę;) wgryzę.
Z resztą, tydzień temu (no, może DWA tygodnie temu) pojawiły się u mnie jeszcze inne niespodzianki! Tym razem przyszła do mnie...

5. ... paczka prosto z Krakowa, w której znalazłam zieloną karteczkę z miłymi słowami napisanymi drobnym maczkiem, z trzema torebkami aromatycznych przypraw i z tajemniczą puszką. Po otwarciu tej ostatniej okazało się, że pewien dobry duszek podesłał mi na spróbowanie konfiturę różaną (autorstwa - nomen omen- babci Róży)!
Długo wybierałam wypiek godny debiutu konfitury... Bałam się porażki, bałam się, że przez niewłaściwy wybór nie ukażę róży w pełnej krasie. W końcu się zdecydowałam. Piekarnik poszedł w ruch i wyszło z niego coś...

6. ... pysznego, o czym napiszę w przyszłym poście. Jako że zostało mi kilka łyżeczek konfitury, pomyślałam, że usmażę naleśniki i nią je posmaruję.

A potem pomyślałam, że oprócz róży dam do naleśników także białego sera. Puszysty, niesłodzony twaróg będzie podkładem dla wyrazistego smaku konfitury, która zagra tu pierwsze skrzypce.

Co pomyślałam, to uczyniłam.


NALEŚNIKI Z KONFITURĄ Z PŁATKÓW RÓŻY
I KREMOWYM TWAROŻKIEM

Składniki:
( na ok. 10 sztuk)

na ciasto nalesnikowe:

1 duże jajko
1 szklanka mleka
1 szklanka + 1 łyżka mąki
pół szklanki wody gazowanej (albo zwykłej)
szczypta soli
2 łyżeczki cukru

Ubijam jajko, po czym dodaję mleko i chwilę miksuję składniki. Następnie dodaję wodę, sól, cukier i mieszam. Stopniowo, ciągle miksując, dodaję mąkę. W cieście nie może być ani jednaj grudki.
Odstawiam miskę z ciastem naleśnikowym na co najmniej pół godziny (to gwarant udanych nalesników). Po "leżakowaniu" smażę naleśniki.

na nadzienie do naleśników:

małe opakowanie półtłustego twarogu
ok. 4 łyżki mleka
10 łyżeczek konfitury z róży

Twaróg przekładam do miseczki, dodaję do niego mleko i miksuję, aż zyska kremową konsystencję. Nie słodzę sera, ponieważ konfitura wystarczająco "posłodzi" naleśnika.

Na naleśniku rozsmarowuję łyżeczkę konfitury, po czym nakładam na to cienką warstwę serka. Składam naleśnika w kopertę i podsmażam na patelni. Powinien być złocisty i chrupiący.

Zjadam od razu. Podczas konsumpcji myślę ciepło o Basi, dzięki której mogłam spróbować takich pyszności. Dziękuję! :)


* niewtajemniczonym wyjasniam: Molly to autorka "Orangette", najpiękniejszego bloga kulinarnego, jaki przyszło mi czytać, a Klotylda/Clotilde jest autorką bloga "Ch&C";

środa, 15 lipiec 2009

Lapidaria toskańskie, cz. II

Duchota za oknem przywodzi mi na myśl toskański żar. Póki pogoda nastraja do wspomnień, wrócę myślami do Lukki i okolic, do krętych ścieżek usłanych cyprysami, kamiennych domów i pachnących bazylią i świeżym praniem uliczek. Czas na drugą, ostatnią część toskańskich impresji.

ŚCIANY

Od zawsze głosiłam wyższość obdrapanego nad wygładzonym. Nad nową, pięknie wydaną książkę przedkładam tę starą, z notatkami na marginesach i poplamionymi kartkami, od nowoczesnych talerzy wolę te stare albo przynajmniej udające stare... Na pastelowych, wymuskanych, austriackich domkach z przyjemnością zawieszę oko, ale to na widok starych kamienic w Lukce czy willi porozsiewanych po całej Toskanii jęknę z zachwytu.

Bo Toskania to kraina obdrapanych ścian.


W każdym miasteczku pyszniły się wyblakłe od słońca, nakrapiane dziurami ściany, nierzadko z malowniczym zaciekiem, ze starym rowerem opartym o krzywe schody, z rododendronem okalającym zielone okiennice... Na podziwianiu tych ŚCIAN mogłabym spędzić całe dnie; każda z nich mogła się poszczycić idealną kolorystyką, cichym przenikaniem kolorów i ścieraniem się faktur. Lśniące nowością wille (kórych z resztą było niewiele) wyglądały przy nich co najmniej blado. To tak, jakby zestawić wyroby z masy cukrowej z domowymi, może trochę koślawymi jagodziankami. Te pierwsze mogą ująć kunsztem i precyzją, ale to te drugie mają duszę i smak.

Każda ściana jest jak scenografia ustawiana ręką sprawnego scenografa. Doniczki porozkładane na parapetach (które wyglądają, jakby się miały zaraz pokruszyć), wtopione w ściany kafle z wizerunkami świętych, zawieszony na haku wiklinowy koszyk czy falujące w powietrzu pranie...

FAKTURY

Jak zapamiętać fakturę przedmiotu? Są trzy wyjścia: zabrać rzecz ze sobą, zrobic jej zdjęcie lub ją opisać. Stosuję wszystkie.

W mojej różowej kosmetyczne obijają się o siebie trzy niewielkie kamyki, dwa szare i jeden czarny. Są idealnie płaskie i gładkie – wyciągam je czasem z torebki, przekładam w palcach i czuję niewysłowioną, trudną do opisania przyjemność.


W pamięci mam mięsiste, grube płatki białych kwiatów, którymi usłane było wielkie drzewo (o jeszcze bardziej mięsistych, twardych liściach) rosnące przed naszym domem. Zastanawiałyśmy się, cóż to za roślina, tak wielka i silna, z soczystymi, ciemnozielonymi liśćmi, z kwiatami jak lilie wodne... Odpowiedź przyszła ostatniego dnia, podczas wizyty w ogrodzie botanicznym – to była magnolia!

Pamiętam fakturę rzeźb na Piazza della Signoria w pulsujacej od turystów Florencji.

Pamiętam freski w katedrze Santa Maria del Fiore, tak realistyczne, że święci i przeklęci umieszczeni na sklepieniu katedry wyglądali, jakgdyby mieli zaraz wyskoczyć.*

Pamiętam złuszczoną korę platanów, tę plątaninę beżu, khaki i delikatnych brązów...

PLAŻA

Od morza dzieliło nas jakieś 35 km, więc dwa dni poświęciliśmy na plażowanie. I choć nic nie zastąpi złotego delikatnego piasku znad Bałtyku, ten nad morzem Liguryjskim, pełen pastelowych muszelek, był całkiem przyjemny.


A woda? Była ciepła i lekko słona. I gdyby nie parzydełka, które przy odrobinie pecha zostawiały na ciele czerwone ślady, byłoby sielankowo...**

Kojący rytm morza, gryz świeżego kokosa, szum fal, kolejny gryz...


SZCZEGÓŁY


Dużo ich. W każdym miasteczku, na placyku, w pokoju, w kawiarence.
Cienie, kamienie, szelest firanek w oknie...

Nie sposób ogarnąć wszystkiego. W kilku miejscach robiłam zdjęcia, ale nie chciałam, by aparat przesłonił mi podziwianie, więc po prostu to oglądałam i zapamiętywałam.


ROWERY

Rowery mogłabym „podpiąć” pod ŚCIANY, ale myślę, że zasługują na oddzielny akapit. Bo rowerów tu mnóstwo – pastelowe i jaskrawe, stare i stylizowane na stare, z koszykami i kuframi, z kwiatami i wiatraczkami, z paniami w szpilkach i grubymi babciami o ogorzałych twarzach...


Początkowo fotografowałam każdy napotkany dwuśladowiec, ale szybko zorientowałam się, że to syzyfowa praca, bo przez wąskie, duszne uliczki przewija się morze rowerów i każdy z nich zasługuje na uwagę.

(W tym momencie warto wspomnieć o stylu włoskim stylu jazdy, którego jedyną zasadą jest brak jakichkolwiek zasad. Tu jeździ się pod prąd, tu wymusza się pierwszeństwo, tu zdziera się klakson. I o ile nas, Polaków to bardzo nie dziwi, wyobrażam sobie ułożonego, grzecznego Szweda, któremu przyszłoby przemierzać włoskie ulice...;)

ROŚLINNOŚĆ

Pisałam już o Pięknych Plantanach, pisałam o Mięsistych Magnoliach, Różowych Rododendronach, to może czas wspomnieć o Czarujących Cytrusach...? Wszakże to jeden z pierwszych slajdów, jakie wyświetlają mi się w głowie na hasło „Toskania”.

Po przekroczeniu bram naszego domostwa, przywitały nas wielkie, kamienne donice z pokaźnymi drzewkami cytrynowymi, z kumkwatami i mandarynkami. Z tyłu ogrodu rósł rozłożysty figowiec z ociekającymi sokiem owocami, wokół których kłębiły się osy.


Pobocza dróg przetykały strzeliste cyprysy, zbocza pagórków pokrywały oliwne gaje, a wzdłuż ogrodzeń rosły wielkie, białe i różowe rododendrony (o gigantycznych hortensjach, które wzbudzały zazdrość mojej mamy nie wspomnę...).

A na zeschniętych gałęziach siedziały cykady i brzęczały w rytm kolejnych fal upału...


Mogłabym tak opowiadać bez końca, posiłkując się zdjęciami, ale wtedy lapidaria zatraciłyby swój kształt. Dlatego cicho sza - chowam Toskanię do barwnych i smakowitych wspomnień.

A żeby nie było tak do końca niekulinarnie, podaję przepis na toskańskie guacamole, które popołudniami pochłaniałyśmy siedząc na tarasie i słuchając koncertu jednej, jedynej cykady, która przycupnęła nieopodal.


GUACAMOLE

Składniki:

1 dojrzałe awokado
2 dojrzałe pomidory średniej wielkości
1 czerwona cebula
sok z 1 cytryny
sól i pieprz

Awokado przepoławiam na pół, wydrążam łyżeczką. Miąższ przekładam do miski, rozdrabniam i jak najszybciej polewam sokiem z całej cytryny, by awokado zachowało swój seledynowy odcień.
Następnie sparzam pomidory, obieram je ze skórki i kroję w drobną kosteczkę.
Czerwoną cebulę także drobno kroję.
Wszystkie składniki wrzucam do awokado, dodaję dużo pieprzu, sporo soli, po czy dokładnie mieszam.
Podaję na grzankach natartych czosnkiem.

We Włoszech nazwałabym to brushettą z guacamole, w Polsce będzie to grzanka. Tak czy siak, jest to pyszna, aromatyczna i niezwykle prosta rzecz. O jej smaku pisałam już tutaj, więc nie będę się powtarzać.

Uwagi:

1. Moje guacamole było bez papryczki chili.
W Wikipedii przeczytałam, że chili nie jest konsytytutywnym skladnikiem guacamole, więc pozwoliłam sobie pozostać przy tej nazwie. Braki chili rekompensował ostry smak czosnku i duża ilość pieprzu.

2. Z pomidorów nie usuwałam środków, bo uważam to za barbarzyństwo. Ich wnętrze jest dla mnie równie ważne i równie smaczne, co jego sprężysty „wierzch”.

3. W guacamole winna być limonka. Z braku tejże znalazła się tu cytryna.


* jak zwykle niebo, ze wszystkimi świętymi i aniołkami, okazało się lekko nudnawe i oczy zwiedzających spoczywały na piekielnym kręgu pełnym potworów, maszkaronów i torturowanych grzeszników...

** ale nie, idealnie byłoby, gdyby z plaży zniknęli jeszcze natrętni handlarze, którzy średnio co kwadrans pojawiali się przy naszym leżaku; zmęczone ciągłym powtarzaniem „grazie” wymyśliłyśmy, że stanowczym i zezloszczonym tonem będziemy im szeleścić polszczyzną – gdy podchodził kolejny sprzedawca, padały słowa „chrząszcz brzmi w trzcinie w Szczebrzeszynie”, sprzedawca głupiał i odchodził;

wtorek, 7 lipiec 2009

Opowiadania z Krainy Bobu

W ramach odpoczynku od toskańskich relacji przedstawiam Wam główny składnik mojego dzisiejszego obiadu. Ale najpierw czytanka...


Czwarta klasa szkoły podstawowej była dla mnie czasem przełomów. To wtedy, czytając z „Chatkę Puchatka” poczułam, że to jest to! Że splot liter to coś więcej niż nudnawe czytanki* w szkole, że można wessać się w książkę i porzucić ją dopiero wtedy, gdy połknięty zostanie ostatni wyraz.

Także w czwartej klasie s.p. powstało moje pierwsze opowiadanie. Miałam je w głowie co najmniej od pierwszej klasy, bo już wtedy, podczas kąpieli, zrodziła się we mnie pewna historia. Natchnieniem były mi moje kolana, które w wannie przemieniały się w dwie wyspy. Gąbka była statkiem. A opowiadanie nosiło chyba tytuł „Dwie wyspy”.** Przepisałam je na czyste kartki, opatrzyłam rysunkami i – nie wiedzieć czemu – zaniosłam do szkoły. Jako żem wstydliwa, nikomu tego nie pokazałam (może po prostu chciałam się nacieszyć moim dziełem?: ), ale po którejś z lekcji zapomniałam zabrać je z półki pod ławką. Następnego dnia Niemal Dorosła Koleżanka z 7 klasy zagadnęła mnie na korytarzu. Powiedziała, że bardzo jej się me dzieło podobało i oddała mi kartkę z opowiadaniem. Spłonęłam rumieńcem i już nigdy nie przynosiłam do szkoły moich dzieł. Ale w głębi duszy byłam strasznie dumna.

Później spawy potoczyły się gładko. Napisałam wiersz o burzy (nota bene łudząco podobny do utworu z mojej książeczki), potem powstała moja pierwsza książka. Taka prawdziwa, z twardą oprawą wykonaną z okładki bloku technicznego i z moimi rysunkami***. A tytuł jej był „W Krainie Ziemniaków”. W mojej ziemniaczanej sadze Ziemniaki kochały i płakały, kłociły i śmiały się, miały domy, rodziny i samochody, słowem – żyły pełnią swego ziemniaczanego życia. Tu muszę nadmienić, że jakoś tak się dziwnie złożyło, że moja powieść była całkiem podobna do dobranocki o krainie groszków, która leciała wówczas w telewizji…

Dzisiaj nie pisałabym o Krainie Ziemniaków.

Napisałabym o Krainie Bobu.


PASTA Z BOBU (do makaronu)

Składniki:

1/2 kg ugotowanego, wyłuskanego bobu
2 ząbki czosnku
ok. pół szklanki oliwy extra vergine
świeżo starty pieprz i sól

Bób i czosnek wrzucam do blendera. Miksuję do uzyskania papki, po czym powoli dolewam oliwę i miksuję na mniejszych obrotach. Ilość oliwy zależy od pożądanej konsystencji - ja wolę lżejszą, bardziej puszystą, co wymaga więcej oliwy. Na koniec dodaję sól, pieprz i dokładnie mieszam masę.

Podaję ją z makaronem (mieszam ją dokładnie tuż po odcedzeniu makaronu, dzięki czemu pasta staje się ciepła).

Uwagi:

1. Ilości pasty starczają na ok. dwie porcje makaronu. Najlepszy będzie do tego drobny makaron (np. penne, farfalle). Do takiego dania idealnie pasuje pomidor. Kawałki chrupkiego boczku to też miły dodatek. Jedno jest pewne: ta pasta jest przepyszna. Właściwie mogłabym ją zjeść prosto z miski, nie czekając, aż makaron będzie gotowy...

2. Pasta prezentuje się pysznie na kromce ciemnego pieczywa (albo na chrupiącej grzance), z plastrem pomidora na wierzchu. Albo z cieniutką warstwą kremowego serka pod spodem.


* choć były i fascynujące czytanki: niesamowite wrażenie zrobiła na mnie ta dotycząca litery C, była o cebuli i nocy; do dziś pamiętam, jak bardzo spodobała mi się ta ciemna noc i plamka światła w oknie, jednak nie potrafię stwierdzić, jaką rolę w tej romantycznej scenerii odgrywała cebula ; )

** w wielkim skrócie: na morzu były dwie wyspy, jedna nad, druga pod wodą; każdy statek, który dobijał do brzegu wyspy, tonął; działo się tak dlatego, że gdy tylko łódź zetknęła się z suchym lądem, wyspa się zanurzała; w tym samym momencie z wody wynurzała się ta druga wyspa; statek, który na nią przybył, topił się, bo… i tak w kółko : ) na szczęście znalazł się ktoś, kto ocalił od zagłady kolejne statki, bowiem wziął wyspy podstępem;

*** podobnie jak Małgorzata Musierowicz czy Tove Janson, sama ilustrowałam swe dzieła;

poniedziałek, 6 lipiec 2009

Lapidarium toskańskie cz. I


Zastanawiałam się, jak to wszystko ubrać w słowa, by Was nie zanudzić, by nadać wspomnieniom znośny kształt. I stwierdziłam, że najłatwiej będzie pogrupować moje wrażenia i każde z nich opisać w niewielu zdaniach, trochę jak w Lapidariach R. Kapuścińskiego.

Najpierw będzie o jedzeniu i tematach z nim związanych…


1.

OGRODY, POLA, POLETKA:


Zauroczona patrzyłam na mijane pola, przydomowe ogródki i grządki, które żółciły się od kwiatów cukinii i poprzetykane były tyczkami dźwigającymi zielonkawe, leniwe dojrzewające pomidory.


W jednym z miasteczek widziałam, jak babcia wyszła do ogródka, by zerwać pomidora i garść bazylii na kolację. Ciekawe, czy miała w planach caprese?


W ‘naszym’ ogrodzie rosły fioletowe figi, z których po pęknięciu wylewał się słodki, gęsty sok. W starych, poobłupywanych donicach rosły drzewka dźwigające cytryny, pomarańcze i kumwaty. Moje spotkanie z ogromnym, rozłożystym krzakiem rozmarynu skończyło się wdepnięciem w pokrzywy – z wrażenia nie zwróciłam uwagi na to, gdzie idę. Na samo wspomnienie doniczki, w której ledwo zipie mój rozmaryn, dusza ma pogrąża się w czarnej rozpaczy…


Parapety każdego napotkanego miasteczka wypełniały doniczki z ziołami - królowała bazylia. Chwilami miałam wrażenie, że wąska uliczka, w którą akurat wchodzę, pachnie bazylią…


2.

OWOCE i WARZYWA:


Melony:

nie jem melonów, które można dostać w Pl, bo są po prostu niedobre. Co innego we Włoszech… Miękkie, ociekające sokiem, o brzoskwiniowej barwie i miodowym smaku. Jemy je w najprostszej postaci, czyli pokrojone w cząstki, jemy w towarzystwie słonego prosciutto, jemy w owocowej sałatce (melon, arbuz, brzoskwinia, sok z cytryny).


Avocado:

chyba przestanę jeść także ‘polskie’ avocado… Po tym, jak poznałam konsystencję i smak włoskiego, odechciewa mi się dłubać w twardych owocach, które mogę dostać w Polsce.


Niebiańskie było guacamole, jakie dwa razy pojawiło się na naszym toskańskim stole. Już wiem, o co w tym wszystkim chodzi: to przenikanie smaków, mieszanie zapachów i konsystencji. Maślane avocado delikatnie oblepia wilgotne pomidory, a chrupka cebula swą twardością przełamuje miękkość tych dwóch pierwszych. Sok z cytryny wyostrza smaki, bo guacamole musi być wyraziste –słone, ostre, kwaskowate. Bruschetty z guacamole to najpyszniejsze wspomnienie, jakie przywiozłam z Włoch.


Pomidory:

parafrazując uroczą reklamę: nasze pomidory prześcignęły ich pomidory!

To dziwne, ale po degustacji kilku rodzajów pomidorów (z różnych źródeł) stwierdziłam, że nie ma to jak nasza polska malinówka albo bycze serce. I nawet toskańskie słońce nie jest w stanie nadać pomidorom takiego smaku, jak mają nasze polskie.


3.

INNE WIĘSZE I MNIEJSZE PYSZNOŚCI:


Nabiał:

niemal co dzień na śniadanie jadłam mocno kremową i puszystą ricottę. Moje pierwsze spotkanie z tym serkiem miało miejsce tej zimy, w Livigno, kiedy to jadłam ją na słonej focacci. Tym razem chleb z reguły był bez smaku*, więc ricottę delikatnie dosalałam.


Kolejny zachwyt to wilgotna, delikatna mozarella, zajadana w domowej caprese.


Rozczarowanie to jogurty, kompletnie mi nie smakowały - nie ta konsystencja, nie ten smak.


Słodycze:

fala upałów sprawia, że kawałek różowego, soczystego arbuza w pełni zaspokaja apetyt na słodkości. Wyjątkiem są lody – gdy temperatura przekracza 30 st. C., marzę o cytrynowym szorbecie**. Spełnienie tych marzeń nie nastręczało mi wielkich trudności, bo każdy wie, że we Włoszech kolorowe gelaterie są wszędzie. Jadłam więc cytrynowe sorbety, jadłam lody o smaku pinioli czy cantucci, ale w moim wafelku zawsze lądowała gałka lodów jogurtowych, które nigdzie nie smakują tak pysznie, jak we Włoszech.***



Kawa:

jestem uczulona na okropną kawę. Naprawdę, nie ma nic gorszego niż mętna, bezsmakowa lura, zaprawiona kroplą śmietany z plastykowego pudełeczka. Dlatego też we Włoszech czułam się jak w raju – ani jednej niedobrej kawy! Czy to było capuccino z delikatną pianką, czy czarne jak smoła espresso w filiżance wielkości naparstka, wszystko było idealnie przyrządzone. Zazdroszczę Włochom tego przywiązania do dobrej kawy. W Polsce musiałabym wypluwać na serwetkę**** co drugą próbowaną kawę…


(napis w górnej części mozaiki to graffiti znalezione na ścianie w Pizie)


4.

RESTAURACJE, KAWIARNIE:


miałam ochotę robić zdjęcia każdej wepchniętej w wąską uliczkę restauracyjce. Zauroczyły mnie proste stoliki z dwukolorowymi serwetami, prosta zastawa i parmezan w miseczkach.


Mam za sobą kilka obiadów w takich miejscach. I choć nie zawsze było idealnie, jedno jest pewne - zawsze było ładnie : ) Na zdjęciu (zgodnie z ruchem zegara): tagliatelle z ragu, gnocchi bolognese, nasza domowa caprese, uszka w sosie serowym, wina, które zastaliśmy w kuchni, canneloni faszerowane ziołami i ricottą, sałatka makaronowa z pesto, gnocci z pesto, okruchy po bagietce, cantucci z czekoladą, sałatka z farro i pomidorkami cherry i talerz zakąsek.


I samotne bruschetty:


5.

ZAKUPY:


oczywiście pierwsze spotkanie z toskańskim marketem przyprawiło mnie o palpitacje serca: niekończące się półki z makaronami o najdziwniejszych kształtach, stosy serów o nieznanych nazwach, zapierające dech w piersiach stoisko rybne (a na nim takie małe różowe rybki, co je Jamie polecał; ), kilkadziesiąt rodzajów balsamico, itepe, itede.


Starym zwyczajem, zaglądałam w koszyki tubylcom. Obserwacje wprawiły mnie w zachwyt- pulchna kobieta z dwójką dzieci do koszyka wrzuciła pomidorki cherry, rucolę, jakieś sery i kilka KinderKanapek. Nijaki mężczyzna w średnim wieku wywalił na taśmę kilkanaście kilogramów makaronu o różnych kształtach, a staruszek, który stał przede mną w kolejce do wagi, włożył do koszyka melon i doniczkę bazylii. Oto Włochy!


W moim koszyku wylądował ocet balsamiczny, trzy oliwy, kilogram farro, grissini i winko, suszona cieciorka (wiem, wiem, że nie musiałam jej wieźć… ale była taka tania!: ), makaron o śmiesznym kształcie i paczuszka włoskiej kawy.


Czuję się, jakby w samym środku lata odwiedził mnie Święty Mikołaj.


* nie wiedzieć czemu, w Toskanii przyjęło się, że nie soli się pieczywa; tym samym każdy rodzaj pieczywa miał ten rodzaj smaku, co nieposolony makaron albo takiż ryż… jedynie w bagietkach dało się wyczuć trochę soli;


** głoszę wyższość szorbetów nad sorbetami;


*** natomiast w Polsce najlepiej smakują mi lody chałowe – uwielbiam!


**** pamiętacie, jak włoski polityk (Berlusconi?) wypluł na serwetkę kawę, którą mu zaserwowano?

czwartek, 25 czerwiec 2009

Kruchość dnia

Kolejny deszczowy dzień. Pani z zieloną reklamówką na głowie mozolnie toczy się na rowerze. Pulchna pracownica pobliskiego sądu sprintem przemierza długie schody prowadzące do wrót wymiaru sprawiedliwości.
Nawet para krów z sąsiedztwa*, na codzień zajętych powolnym procesem żucia i trawienia soczystej trawy, uciekła przed deszczem.

Ja choć mam mokre włosy**, uciekać nie muszę. Przy porannej kawie i kanapce z masłem i małosolnym ogórkiem spoglądam na deszczową zawieruchę.


Wącham piwonie przyniesione z maminego ogrodu. Przeglądam zdjęcia. Garść zamrożonych chwil – krople zastygłe na płatkach bratków, Bosfor z nosem w piwoniach, tarta rabarbarowa.

Nie biegnę. Nie moknę.
Jestem.
Może trochę smutna, może lekko zmęczona... Ale jestem.


TARTA Z RABARBAREM I KREMEM ŚMIETANKOWYM

(autorstwa Anny Olson, cytuję za kuchnia.tv)

"Rabarbar
1 szklanka cukru
1/3 szklanki białego wina lub wody
1 łyżeczka ekstraktu waniliowego
5 szklanek posiekanego świeżego rabarbaru
1 łyżka skrobi kukurydzianej
2 łyżki zimnej wody

Spód (ja z niego zrezygnowałam- upiekłam kruche ciasto)
2 szklanki pokruszonych herbatników pełnoziarnistych Digestive
¼ szklanki cukru
70g masła, stopionego

Krem śmietankowy
¼ szklanki serka mascarpone o temperaturze pokojowej
¼ szklanki pełnotłustego twarogu o temperaturze pokojowej
3 łyżki cukru
1 łyżka startej skórki cytrynowej
1 łyżeczka ekstraktu waniliowego
¾ szklanki śmietany kremówki

Rozgrzać piekarnik do 175ºC.

Przygotować rabarbar
Zmieszać wino/wodę, cukier i ekstrakt waniliowy . Włożyć rabarbar do płytkiej formy, zalać
przygotowanym syropem i piec pod przykryciem przez 30 – 40 min, aż zmięknie. Odlać
syrop do rondelka, a rabarbar pozostawić w foremce. Zagotować syrop, zmieszać skrobię
kukurydzianą z zimną wodą i mieszając trzepaczką dodać do syropu. Zdjąć syrop z ognia,
zalać rabarbar powstałym kisielem i całość schłodzić.

Przygotowac spód
Zmieszać sypkie składniki i stopione masło. Wyrobić na jednolitą, grudkowatą masę,
przełożyć do kwadratowej formy do tart, dociskając do dna i ścianek. Piec przez 8 min i
odstawić do całkowitego wystygnięcia.

Krem śmietankowy
Za pomocą miksera wymieszać oba gatunki sera z cukrem, skórką cytrynową i ekstraktem
waniliowym. Wciąż mieszając, dodawać śmietanę kremówkę i ubijać, aż zgęstnieje (ok. 2
min). Rozsmarować krem na upieczonym spodzie, a na wierzchu ułożyć rabarbar. Chłodzić
2 godziny przed podaniem."

Uwagi:

1. Zamiast spodu z ciastek, zrobiłam kruche ciasto (przepis jak w babeczkach). Wg mnie o o wiele lepszy pomysł, bo tarta dość paciajowata, w związku z czym coś musi ją utrzymać w ryzach. Tym czymś jest kruche ciasto :)

2. Ptasia pisała, że masa rabarbarowa się nie trzyma, w związku z czy lepiej dodac więcej mąki ziemniaczanej. Postąpiłam zgodnie z jej wskazówkami (podwoiłam ilosć m.z.), niestety rabarbar pozostał dosyć płynny. Zatem nie warto szaleć z mąką, bo to niewiele da. Zastanawiam się, czy nie spróbować z żelatyną...?

3. A na koniec wrażenia smakowe: to najlepszy (obok tych muffinów) wypiek z rabarbarem, jaki robiłam. Śmietanowo-serowy krem z cytrynową nutką cudnie komponuje się z kwaskowatym rabarbarem! A jeśli umieścić to w superkruchym cieście, nasze kubki smakowe mogą wpaść w ekstazę. Gorąco Wam polecam tę - może niezbyt urodziwą, ale za to pyszną - tartę!


PS w prawym górnym rogu znajduje się wyjaśnienie mojej nieobecności przez kolejne dwa tygodnie; liczę na piękne zdjęcia i jeszcze piękniejsze wspomnienia; do przeczytania za dwa tygodnie! :)



* tak, tak - tuż obok sądu, policji i urzędu skarbowego jest polanka, na której wypasają się dwie łaciate, czasem też odezwie się kogut…
** pachnące miodowym szamponem

poniedziałek, 22 czerwiec 2009

Gruszki na wierzbie i trufle za miastem


Czerwiec.

Pisk jaskółek rozbrzmiewający między chmurami.
Piramidy truskawkowych kobiałek.
Rządek letnich sukienek w szafie.
Pola usłane chabrami.
Codzienna porcja lodów.
Rumianek w przydrożnych rowach.

Stragany przebrzmiałe od warzyw…

Wyprawa na targ to nie lada wyzwanie. Gdy staję przy warzywniaku, głupieję – chciałabym mieć, kupić, zjeść wszystko, co sprzedawca wyłożył na drewnianych skrzynkach. Jędrne marchewki, młode buraczki, pomidory, które z dnia na dzień stają się bogatsze w smak, chrupką kalarepkę*, niewielkie ogórki, tak słodkie i orzeźwiające!

Ostatnio wybrałam się na zakupy z mamą. Wróciłyśmy ze skrzynką pyszności (marchewki, buraczki, kalarepka, cukinie, cebulka, ziemniaczki), w związku z czym na obiad była wielka blacha pieczonych, lśniących warzyw, które podałyśmy z jogurtowo-serowym sosem**. Pyszności.

Ale nie zawsze jest tak różowo. Ostatnio przeczesałam pół miasta w poszukiwaniu bakłażanów… Niestety, nie znalazłam ani jednego. Podobnie jest ze szparagami – prędzej znajdę trufle podczas wycieczki rowerowej za miasto, aniżeli zobaczę pęczek zielonych szparagów na straganie.

A jak to tak można, przeżyć sezon szparagowy bez choćby jednego zielonego szparaga?!***


TARTA Z ZIELONYMI SZPARAGAMI I TYMIANKIEM****
(cytuję za Małgosią)

"4 łyżki gęstej śmietanki 36%
3-4 łyżki drobno utartego parmezanu
1-2 ząbki czosnku, drobno roztartego
ok. 1 łyżeczki świeżych listków tymianku
pieprz do smaku

W miseczce wymieszać wszystkie składniki do uzyskania jednolitego kremu. Odstawić na kilka minut, by aromaty się “przegryzły”.

1 op. ciasta francuskiego (ok. 300g)
ok. 300g zielonych szparagów
ok. 8 szt. pomidorków koktajlowych lub 2 zwykłe
sól, pieprz
oliwa do skropienia

Piekarnik rozgrzać do temp. 180st. C.
Obrać szparagi, odciąć zdrewniałe końcówki.
Ciasto francuskie podzielić na 4 prostokąty. Na każdej porcji wykonać nożem niezbyt głębokie nacięcie (aby nie przeciąć ciasta na wylot) wzdłuż wszystkich boków – powstanie rodzaj rantu. Ułożyć na blasze wyłożonej papierem do pieczenia. Każdy prostokąt ciasta wysmarować równomiernie ¼ części przygotowanego kremu śmietanowego (nie wychodzić masą poza nacięty rant).
Szparagi przyciąć na długość tak by zmieściły się na przygotowanym cieście. Rozłożyć po kilka sztuk na każdym prostokącie. Pomidorki pokroić na plasterki (lub połówki) i również rozłożyć.
Warzywa oprószyć lekko solą i pieprzem. Skropić oliwą.
Piec ok. 20 min. aż ciasto się 'napuszy' i nabierze złotego koloru na rantach."

A z drugiego kawałka francuskiego ciasta zrobiłam to:


TARTA Z RZODKIEWKĄ

Składniki:

4 łyżki gęstej śmietanki
4 łyżki drobno utartego parmezanu
2 ząbki czosnku, drobno roztartego
ok. 2 łyżeczki świeżych listków tymianku
pieprz

1/2 francuskiego ciasta (druga część poszła na tartę nr 1)
garść rzodkiewek, pokrojonych w plastry
2 łyżki oliwy

Śmietanę, ser, czosnek i tymianek mieszam i rozsmarowuję na surowym cieście francuskim.
Plasterki rzodkiewek solę i mieszam z oliwą. Następnie wykładam je na ciasto.

Piekę w 180 st. C., przez ok. 25 minut.


Uwagi:
1. tartę szparagową robiłam na 1 płacie ciasta, wykorzystałam na nią 1/2 ciasta z opakowania; dodałam ćwiartki zwykłych pomidorów (zamiast koktajlowych);
ta tarta jest lekka i świeża jak czerwcowy poranek. Delikatny smak zielonych szparagów, miękkie, słodkawe pomidory, a do tego tymiankowo-czosnkową nuta – tak musi smakować lato.
Aha, Tomasz stwierdził, że przydałby się w niej kawałek boczku. Ech, ci mężczyźni! ; )


2. tarta rzodkiewkowa to moja radosna twórczość własna (śmietankowe smarowidło wzięłam od Małgosi), znalazła się tu ostatnia partia rzodkiewek z mojej grządki; jako że rzodkiewka smakiem przypomina nieco kalarepkę, pomyślałam, że upieczone plasterki tej pierwszej będą mi smakowały; nie myliłam się, rzodkiewka mnie nie zawiodła i bardzo miło komponowała się z wyłożonym serową masą ciastem francuskim;


* chrupka kalarepka, czyż to nie brzmi uroczo?
** jogurt + ser feta + trochę majonezu +troszkę pieprzu;
*** ano nie można! dlatego przywiozłam sobie szparagów z Gdańska - pierwsze zjedliśmy w towarzystwie prostego winegretu; dopiero kolejna porcja trafiła do bardziej wyszukanego dania;
**** tak, szparagi się skończyły... zdjęcia sprzed 2 tygodni, ale musiałam trochę tu poszparagować... : )

czwartek, 18 czerwiec 2009

Mój dom, moja łódź, moja wyspa

Zaklinanie rzeczywistości.

Jeśli mikrofalówka wyłączy się szybciej, niż zagotuje się woda w czajniku, to będę mieć dziś szczęście.

Jeśli minę przydrożną jabłonkę szybciej niż nadjeżdżający z naprzeciwka samochód, spotka mnie dziś coś miłego.


Gdy wiem, że prawdopodobieństwo wygranej jest małe, wystarczy szybko powiedzieć w myślach „stop, stop, stop” i niebezpieczeństwo zepsucia dnia przez głupie zaklinanie jest zażegnane.

Czasem nie mogę się od tego odpędzić. Bywają dni, kiedy każda czynność to wyzwanie, kiedy przeszkody piętrzą się jedna po drugiej: pierwszy sms, jaki dziś do mnie przyjdzie, będzie od kobiety czy mężczyzny, spotkam dziś parzysta czy nieparzystą liczbę osób, jakie auto najpierw przejedzie pod oknem: czarne czy czerwone?


Mimochodem uprawiam także internetowy rodzaj „wróżbiarstwa” ; ). Na koncie Gmail, po prawej stronie, wyświetla się kilka linijek tekstu reklamowego. Traktuję je jak ciasteczka z wróżbą: każda z nich może być pytaniem i zarazem odpowiedzią. Jakby jakaś internetowa wróżka starała się odgadywać me myśli, pragnienia i obawy. Wiem, że system działa w ten sposób, że wyłapuje z maili poszczególne słowa i na ich podstawie dopasowuje reklamę do autora. Jednak wyniki potrafią być zaskakujące!


Mam kilku faworytów:


Gotów na wyspę
Mój dom, moja łódź, moja wyspa Boska gra strategiczna online.”


I najbardziej optymistyczne:

Życie to Przygoda
Podaruj ją komuś, lub
Przeżyj to sam!”
*

Dzisiaj moja internetowa wróżka chyba zaspała, bo czekały na mnie same nudy:

Ładowarki Akumulatorowe
Szybka Wysyłka i Wysoka Jakość. Zobacz i Zamów Już Teraz!


A gdyby wykazałaby się czujnością, choćby odrobiną intuicji przeczytałabym:

Sądzisz, że nie ma radości bez słodkości?
Zajrzyj na stronę www.strawbeeriesfrompoland.blogspot.com
i zanurz się w słodkiej rozkoszy”

albo

Czy śni ci się czasem, że goni cię wielki kokosowy muffin?
Czy spoglądając na niebo, widzisz tylko bitą śmietanę, a deszcz przywodzi ci na myśl oranżadę?
Jeśli tak, odwiedź Truskawki - najsłodsze miejsce pod słońcem”.

Moja wróżka zaspała.
O tym, że zbliża się do mnie fala słodyczy, dowiedziałam się po fakcie – gdy mnie zalała.


Ostatnim ogniwem w łańcuchu słodkości były liskowe coco au miel.**
Ich smak jest równie delikatny, jak brzmienie. A zapach, który zalewa kuchnię podczas pieczenia jest niesamowity: intensywnie kokosowy, ciepły i miękki. Jak balsam dla nosa.

***
Dobrze…
Jeśli pierwsza piosenka, jaką usłyszę w radiu, będzie polska, nie będzie dziś padać.
Usłyszałam „Crazy little thing called love”.


Uuuuups… ***


COCO AU MIEL
(10 sztuk)

Składniki:

310 ml mleka
1 i 1/4 łyżeczki miodu
230 g wiórków kokosowych
125 g cukru
70 g mąki pszennej
2 łyżeczki proszku do pieczenia
cukier waniliowy (opcjonalnie)
2 duże jajka, rozbełtane

Gotuję mleko z miodem. Zdejmuję z ognia i odstawiam.
Piekarnik nagrzać do 200 st C.
Wiórki, mąkę, cukier, proszek do pieczenia i cukier waniliowy wsypuję do miski i dokładnie mieszam.
Ciągle mieszając wlewać najpierw mleko, następnie jajka (masa będzie dość płynna).
Wlewam ją do formy i wstawiam do piekarnika rozgrzanego do 200 st. C na 25-30 minut.


* zachowałam oryginalną pisownię reklam

**umiejscowiłabym je pomiędzy kokosanką a kokosowym muffinem

*** deszcz zalał ogród: „lampiony” ze słoików wypełniła woda, armia ślimaków wypełzła z krzaków, a obrus w granatową kratę schnie w łazience… chyba już mam dosyć deszczu