środa, 25 listopada 2009

Po co komu listopad?

Dwudziesty czwarty listopada przywitał mnie niebem w odcieniu gołębiej szarości, wiatrem, którego zimne macki sięgały aż pod płaszcz i deszczem, bezlitośnie obijającym się o policzki.

Autobus linii 122 leniwie toczył się po mokrym asfalcie, a ja, z kawałkiem kupnego urodzinowego ciasta w dłoniach*, jechałam do pracy zastanawiając się, po co komu listopad. Po co komu tyle szarości, wilgoci i zimna?

Może listopad jest po to, by podumać, przystanąć i wtulić się we własne myśli.

Może po to, by docenić wspomnienie o słonecznym październiku.

Może po to, by powróżyć sobie z wosku.

A może po to, by odchodzić urodziny?

Rok temu świętowałam lodowym tortem. W tym roku postanowiłam siedzieć cichutko i nie wspominać o urodzinach, ale pewna pani mnie zaskoczyła, wstawiając za mnie urodzinową notkę ;) W związku z tym chciałam podziękować Wam za wszystkie okruszki sympatii, jakie wczoraj od Was zebrałam**.

W tym roku świętowałam na słono.

Tak się bowiem złożyło, że wyszłam że w pracy z „kwiatami” w postaci dwóch butelek wina.*** Jedna z nich aż prosiła się o towarzystwo sera, w związku z czym po pracy udałam się do pewnych delikatesów, gdzie przez blisko kwadrans krążyłam dokoła lady z serami. Ostatecznie w moim koszyku wylądował pirenejski ser z pieprzem, champignon czosnkowy, złocisty lazur, brie, kiść winogron i świeża bagietka.

Najbardziej smakował mi czosnkowy champignon. Był ostry, wyrazisty i rozpływał się na języku. Złocisty lazur też nie miał się czego wstydzić – z boku urocza pleśń, zapach, jakiego nie chcielibyście poczuć w tramwaju i słoność, która świetnie smakowała, gdy zagryzło się ją słodkim winogronem. Brie, jak to brie, stary poczciwy pleśniak, pokryty miękkim kożuszkiem, dobrze smakował ułożony na bagietce i popity białym winem. Najbardziej rozczarował mnie ser pirenejski, z pieprzem ,który okazał się całkiem bezbarwny w smaku. Jedyne, co go ratowało, to zanurzone w nim ziarna zielonego pieprzu.****

I tak – kęs po kęsie, łyk po łyczku, wieczór przeszedł w noc i nastał 25 listopada.

Czyli dzień, jakich wiele.

POMYSŁ NA: DESKĘ SERÓW

kilka rodzajów serów

bagietka

kiść winogron

białe wino

Sery układam na desce. Bagietkę łamię na pół i układam na serwetce (albo papierowej torebce;). Umyte winogrona ustawiam w środku serowej kompozycji. Obok kładę nożyk, którym podczas uczty odkrawam po cząstki wybranych serów.

Popijam sery białym winem i myślę sobie, że nawet listopad bywa kolorowy.


* a był to kawałek pleśniaka, bardzo dobry, nawiasem mówiąc;

** a także za wyróżnienia, ale o tym następnym razem;

*** taką mam pracę! :)

**** miałam powstrzymać się od robienia zdjęć, bo nie ma nic gorszego nic fotografia jedzenia wieczorową porą (gdy brak odpowiedniego oświetlenia), ale pomyślałam, że to byłoby nie fair, przemądrzać się na temat serów i nie pokazać ani jednego. Dlatego też musicie przymknąć oko na jakość zdjęć, przekładając walory poznawcze nad estetycznymi;

sobota, 21 listopada 2009

Slajdy dnia powszedniego



Niedawno rozpuściłam włosy, kilka osób mnie nie poznało. Fajnie jest iść przez miasto i czuć, jak kosmyki podskakują z każdym krokiem.

Na śniadanie zjadłam połówki jajka na twardo z majonezem, wędzonym łososiem i sokiem z cytryny. Zapomniałam o koperku, ale i tak było dobre.

Spotkałam w tramwaju moją dobrą koleżankę*. Droga do domu minęła mi bardzo szybko.

Dwa razy w tym tygodniu byłam nad morzem. Minęłam przytulonych emerytów. Widziałam gładkie, wyszlifowane przez wodę konary. Zabrałabym jeden do domu, gdybym miała gdzie go trzymać.

Na obiad zrobiłam makaron z sosem z suszonych prawdziwków i śmietany. W kuchni pachniało świętami – to za sprawą aromatu namaczanych grzybów.

Wypiłam dobrą herbatę: z imbirem, cytryną i galaretką malinową od dziadków. Cieplej.

Śniła mi się kobieta w czarnej sukni z podciętymi żyłami. Zimniej.

Widziałam „Rewers” B. Lankosza i utwierdziłam się w przekonaniu, że lubię Agatę Buzek i spokojniejszą wersję Krystyny Jandy. Poza tym nabrałam ochoty na sernik.

Z listy „Do zrobienia w weekend” skreśliłam już długi spacer i pranie. Przede mną dobry obiad, dwa listy, trochę zdjęć, porządki**. Taka ze mnie weekendowa kura domowa.

Zrobiłam hummus, w wersji normalnej i de luxe. Z pieczonym czosnkiem i bez.


Dobrze jest.



HUMMUS KLASYCZNY

1 puszka ciecierzycy
1 ząbek czosnku
2 łyżeczki soku z cytryny
3 łyżeczki oliwy
sól

Ciecierzycę odsączam z wody. Wszystkie składniki miksuję na gładką masę.

Podaję z czymś chrupiącym (świeżymi warzywami pokrojonymi w słupki, naczosami albo – o zgrozo – chipsami solonymi) bądź smaruję pastą grzanki, ozdabiając ich wierzch odrobiną oliwy.


HUMMUS Z PIECZONYM CZOSNKIEM

1 puszka ciecierzycy
2 łyżeczki soku z cytryny
3 łyżeczki oliwy
sól i pieprz
główka czosnku

Czosnek dzielę na ząbki (nie obieram z łupinek!), układam na blasze i piekę w 180 st. C. przez ok.25 minut, aż zmięknie. Ciecierzycę odsączam z wody.

Gotowy czosnek wyciskam do miseczki, w której są już pozostałe składniki. Miksuję wszystko. Jeśli chcę, by humus był rzadszy, dolewam do niego więcej oliwy.



Uwagi:

1. Oczywiście nie rozgrzewałam piekarnika wyłącznie dla upieczenia główki czosnku… Piekłam go przy okazji robienia obiadu – pieczonych warzyw. Kto czosnek piekł, ten wie, że po obróbce termicznej ten ostry zawodnik łagodnieje, stając się słodki, miękki i delikatny w smaku. Pyszny. Hummus z pieczonym czosnkiem jest łagodniejszy, dlatego go sobie popieprzyłam, co i Wam polecam :)

2. W moim humusie brakuje tahiny. Można zastąpić ją papką z uprażonego na patelni sezamu, ale mi nie chciało się tego robić, miało być szybko, łatwo i przyjemnie. Takoż i było ;)

3. Aha, humus z pieczonym czosnkiem to pomysł Magdy Gessler z książki, którą bardzo lubię – „Kolory smaków”. A przepis na klasyczny humus nie ma źródła, ale jeśli już bardzo chcecie, to polecam Wam tę stronę.*** To dzięki Michałowi K. dowiedziałam się, czym jest pesto i że gotowanie można zgrabnie łączyć z poezją.



*nie podoba mi się luka językowa dotycząca kręgu znajomych: mam bowiem sporo bliskich mi osób, które są dla mnie kimś więcej niż tylko koleżankami albo znajomymi, ale jednak jeszcze nie przyjaciółmi; i jeszcze jedno: czemu słowo przyjaciółka brzmi tak infantylnie? Jakby była stworzona wyłącznie do „ploteczek przy kawce” albo „pogaduszek o kosmetykach i ciuchach”. Przyjaciel brzmi całkiem inaczej: to słowo tchnie spokojem, powagą. Kojarzy się z długimi rozmowami, nie z pogaduszkami, z ważnymi tematami, nie z ploteczkami…

**duuuuuużo kurzu w domu, na szczęście żadne z nas nie jest alergikiem ;)

*** polecam także pewien bajeczny konkurs :)

wtorek, 17 listopada 2009

Bez względu na nastrój



Kolejny dzień przemarszu szarości. Budzi mnie kapanie z rynny, usypia gorąca herbata z imbirem, cytryną i malinami.

W takie dni mam ochotę zrobić wielki garnek puree ziemniaczanego - miękkiego, puszystego i mocno kremowego. Doprawiać je stopniowo solą i świeżo zmielonym pieprzem, dorzucać śmietankowe masło i patrzeć, jak powoli roztapia się na gorących ziemniakach, dolewać tłustego mleka i mieszać, mieszać, mieszać. Najlepiej wielką drewnianą łyżką.

A potem zanurzyć się w fotelu z talerzem dymiącej papki o maślanym aromacie.

Gdy zaczynałam swoją przygodę z gotowaniem, niebardzo rozumiałam, co miała na myśli Nigella Lawson, pisząc, że puree ziemniaczane zajmuje czołowe miejsce na jej liście spożywczych pocieszycieli, czyli comfort food. Bo ja w ogóle niebardzo wiedziałam, o co chodzi z tym całym comfort food... Owszem, miałam świadomość, że kubek gorącej czekolady jest w stanie poprawić mi nastrój, ale nijak nie mogłam pojąć, jak może to zrobić ryż na mleku czy garnek wspomnianego puree.

Nie wiedziałam wówczas, że w comfort food liczy się smak potrawy, ale i sposób jej wykonywania.

Że w puree ziemniaczanym równie ważny jest jego delikatny smak, jak i fakt, że przyrządzając je trzeba włożyć trochę serca: dokładnie zgnieść ziemniaki, wrzucać po kawałeczku masła i pozwalać mu się spokojnie topić, stopniowo doprawiać masę, próbując co chwilę, czy nie osiągnęła już idealnego smaku. Że kilka razy trzeba ją przemieszać, dolać mleka, by nabrała idealnej puszystości.
Oczywiście, można to zrobić ekspresowo, wrzucając do robota wszystkie składniki i chwilę je miksując, ale to już nie będzie to.

Terapeutyczna rola pichcenia polega na tym, że gotowanie to jakiś proces, ciąg czynności, podczas których myśli się wygładzają, spojrzenie łagodnieje, a życiowe problemy chwilowo wypiera pytanie "czy nie za mało w moim puree gałki muszkatołowej?".

Mianem comfort food mogłabym ochrzcić każdą potrawę, którą przyrządzam, bez względu na to, czy jest to grzanka natarta czosnkiem, ciastko z orzechami czy tort czekoladowy. Bywają dni, gdy bardzo potrzebuję takiego pocieszenia - wtedy doceniam proces obierania dyni, ucierania żółtek na biszkopt czy obserwowania, jak złocą się grzanki. Czasem jednak jestem tak pochłonięta życiem, że ukojenie nie jest mi potrzebne i nie przypisuję swoim wizytom w kuchni głębszego sensu.

Ale bez względu na nastrój, na ciasteczko zawsze mam ochotę...



DYNIOWO-ORZECHOWE BISCOTTI

Składniki:

340 g maki
2 łyżeczki przyprawy do piernika
1/2 łyżeczki proszku do pieczenia
szczypta soli
2 jaja, żółtka oddzielone od białek
80 g cukru
300 g puree z pieczonej dyni
170 g roztopionego masła
100 g orzechów włoskich
50 g rodzynek

Do miski wsypuję mąkę, proszek do pieczenia, przyprawę i sól. W drugiej misce ubijam białka na sztywną pianę, następnie wsypuję po łyżce cukru (używając połowy cukru), nie zatrzymując pracy miksera. W innym naczyniu ucieram żółtka z resztą cukru. Dodaję do tego puree z dyni. Całą masę przelewam do piany i delikatnie mieszam.

Dodaję roztopione i schłodzone masło i orzechy, delikatnie mieszam masę. Przelewam ją do naczynia z mąką i delikatnie łączę składniki. Następnie wylewam masę na blachę, formując z niej wałek. Moja masa była dość rzadka ze względu na większą ilość dyni, ale zwykle masa bez problemu daje się formować.

Piekę na środkowej półce piekarnika w 170 st. C, przez ok 40 min. Następnie wyciągam ciasto z piekarnika, tnę w poprzeczne kawałki, które znów układam na blasze i wkładam do piekarnika. Zmniejszam temperaturę do 150 st. C i suszę suszarki, aż ich powierzchnia przestanie być wilgotna. U mnie trwało to jeszcze jakieś 15-20 minut.

Przed podaniem posypuję je cukrem pudrem. Przechowuję w szczelnej puszce, wtedy zachowają swą chrupkość.

Uwagi:

1. Przepis na biscotti znalazłam podczas jednej z moich pierwszych wizyt na forum CinCin. Ewa, dzięki której poznałam ten przepis, zaczerpnęła do z tego blogu.

2. Do ciasteczek Ewa użyła zaledwie 50 g dyni, co dla mnie było zdecydowanie za mało. Ryzykując zakalcem, wrzuciłam do ciasta 300 g puree, dzięki czemu biscotti stały się pięknie pomarańczowe i mocno dyniowe (ale już bez niemiłego warzywnego posmaku, bowiem dynię najpierw upiekłam).
Wskutek moich zabiegów biscotti były bardziej wilgotne, dlatego dość długo je podsuszałam. Wyciągnęłam je z piekarnika dopiero, gdy uzyskały strukturę sucharka.

3. Jako że nie miałam pod ręką żurawin, które proponowała autorka przepisu, postanowiłam zastąpić je rodzynkami, zaś miejsce pekanów zajęły nasze orzechy włoskie. Jedna i druga zamiana była bardzo smaczna – orzechy włoskie podkreślały chrupkość wypieku, zaś rodzynki stanowiły słodki i miękki akcent. Bez nich biscotti byłyby zbyt twarde i jednolite.

4. To nie są ciastka dla wielbicieli supersłodkich wypieków. Jeśli ze słodyczy preferujesz wyłącznie babeczki z kajmakiem albo mleczną czekoladę z karmelem, nie piecz tych biscotti, bo się rozczarujesz. Prezentowane ciasteczka są delikatnie słodkie, to jeden z tych lżejszych, codziennych deserów.
Dobre na lekki podwieczorek z herbatą z cytryną albo do podjadania podczas długiej podróży pociągiem.



PS1 Zapach, jaki roznosi się po kuchni podczas pieczenia tych ciasteczek jest w stanie rozwiać wszelkie jesienne smutki.

PS 2 Dziękuję Karoli za wyróżnienie! Jak miło! :)




środa, 11 listopada 2009

Poetycka kluska



Poezja i kluski. Co je łączy? Fakt, że lubię jedno i drugie. I sama nie wiem, co bym wolała: życie bez poezji czy życie bez klusek...

Zastanawiam się, czy bywają momenty, gdy drogi poezji i klusek się krzyżują?

Chyba tak…

Przykład nr 1: jem babcine kluski śląskie i myślę sobie „po - e - zja!”. Najlepsze są te z chrupkim boczkiem i te pokrojone w plasterki, odsmażane następnego dnia.

Przykład nr 2: czytam sobie wiersz, a tu nagle przed oczyma stają mi kluski. Ze skwarkami na dodatek.



Czy to jakiś znak?
Chyba tak...

KLUSKI ŚLĄSKIE

Składniki:

1 jajko (zwiększając proporcje, liczba jajek pozostaje niezmienna)
600 g ziemniaków (po ugotowaniu)
150 g mąki ziemniaczanej (kluski śląskie mają, podobnie jak kruche ciasto, swą złotą proporcję - ziemniaki : mąka ziemniaczana = 4 : 1)

Obieram ziemniaki i gotuję je w lekko osolonej wodzie. Następnie przeciskam je przez praskę i przedkładam do miski. Gdy lekko ostygną, mieszam je z mąką ziemniaczaną i jajkiem. Masa powinna być gładka, pozbawiona grudek. Lepię z niej kuleczki. Każdą z nich spłaszczam i robię w niej palcem małe wgłębienie.

W dużym garnku zagotowuję i osalam wodę. Kluski wrzucam na wrzątek niewielkimi partiami, by się nie posklejały. Czas gotowania mierzę od wypłynięcia klusek na powierzchnię – od tego momentu winny gotować się ok. 3-4 minuty, w zależności od wielkości. Nie wolno przesadzić z czasem gotowania, bo kluski się rozwalą. Wyławiam je łyżką cedzakową.
Podaję je ze skwarkami z boczku.



Uwagi:


1. Jak już pisałam, kluski śląskie to – obok blinów – mój kulinarny nr 1. I – w odróżnieniu od blinów – te mi wychodzą bez zarzutów. Bo prawda jest taka, ze kluski śląskie ciężko jest zepsuć.

2. Prawdę mówiąc, nigdy nie ważę składników na kluski. Babcia pokazała mi sprytną metodę: wygładzam powierzchnię ziemniaków i dzielę ją widelcem na 4 części. Jedną z części przekładam na resztę ziemniaków. W puste miejsce wsypuję mąkę ziemniaczaną – ma sięgać do powierzchni ziemniaków. Dodaję jajko i ciasto na kluski gotowe.

3. Babcia zawsze robi więcej klusek, by na kolację albo śniadanie następnego dnia można było zjeść odsmażone talarki. Posypuję je lekko solą i zajadam, a na usta znów ciśnie mi się tylko jedno: „po-e-zja!”.

4. Przedstawiając Wam ten przepis, po raz pierwszy dołączam do akcji „Gotujemy po polsku”, pod patronatem serwisu zPierwszegoTloczenia.pl.



*moje muszą być idealnie złociste z obydwu stron, więc układam je na patelni w równym rządku – każdy kawałek musi stykać się z gorącą warstwą teflonu;

poniedziałek, 9 listopada 2009

Niedzielny kopniak, czyli o klasyce obiadowej słów kilka



Niedzielny obiad to schabowy z ziemniakami i mizerią.

Mielone z ziemniakami i buraczkami.

Pomidorowa z makaronem domowej roboty.

Zrazy z ogórkiem i kawałkiem boczku w środku, zanurzone w gęstym aromatycznym sosie, z kaszą oraz surówką z kiszonej kapusty i jabłka.

Pieczony kurczak, puree ziemniaczane i surówka z tartej marchewki.

Niedzielny obiad kojarzy mi się z mięsem. Naleśniki z powidłami, placuszki z twarogiem albo ryż zapiekany z jabłkami i cynamonem to potrawy na sobotę. Wtedy może być słodko, może być delikatnie, ale niedziela… Niedziela wymaga kopniaka, czegoś mocniejszego. Tego dnia jadam najbardziej klasycznie, przywołując w mojej kuchni obiady z przeszłości. Albo przynajmniej cień obiadów z przeszłości.

Tej niedzieli smażyłam kotlety*.
Co prawda nie podałam do nich ziemniaków ani mizerii, nie było nawet surówki z marchewki, ale i tak było w tym obiedzie coś - w moim mniemaniu - odświętnego: kotlet wylądował na stole. Obok niego spoczęła miska sałatki z dyni, orzechów włoskich i lazura oraz ryż, głównie dla Tomka.

A ciocia Bożka w niedzielę zrobiła mięso w prodiżu z kluseczkami śląskimi i buraczkami. Na deser była babka dyniowa podawana z gałką lodów śmietankowo-wiśniowych.

Mamcia zrobiła buchty drożdżowe z gulaszem, na deser zaś gofry z przepisu, który jej podesłałam**.

Informacji na temat obiadu babci nie posiadam, ale stawiam na pomidorową z zamkniętych w puszce słodkich pomidorów od wujka Jurka. Na deser było zapewne ciasteczko kupione u Kamili, czyli osiedlowej sprzedawczyni, którą znamy od wieków.

A co dobrego Wy jedliście w niedzielę?



SAŁATKA Z DYNI, LAZURA i ORZECHÓW WŁOSKICH

Składniki (na 2 osoby):

1/4 dużej dyni albo 1/2 małej
łyżeczka ziaren kuminu
1/2 opakowania niebieskiego sera pleśniowego (albo innego, który łatwo się kruszy)
3 łyżki posiekanych orzechów włoskich
2 łyżki oleju

Dynię kroję w dużą kostkę (bok = ok.2,5 cm).

W głębokiej patelni rozgrzewam olej. Wrzucam nań kumin, a gdy przyprawa zapachnie, dorzucam dynię, mieszając, by kostki pokryły się przyprawami i olejem. Smażę ok. 5 minut na dużym ogniu, następnie trochę zmniejszam gaz, przykrywam patelnię i duszę jakieś 10 minut, co jakiś czas delikatnie mieszając zawartością. W tym czasie na drugiej patelni podprażam orzechy włoskie.

Gdy dynia będzie miękka (a powinna być gotowa po kwadransie, jeśli nie, duszę ją dalej), przerzucam ją do miski. Mieszam z orzechami włoskimi i kruszę ser. Serwuję na ciepło, wtedy sałatka jest najlepsza.





PIERSI KURCZAKA W ORZECHOWEJ PANIERCE

Składniki (na 2 osoby):

1 filet z kurczaka
2 łyżki bułki tartej
garść (albo inaczej: ¾ szklanki) orzechów włoskich
3 łyżki mąki
1 jajko
sól i pieprz
olej do smazenia

Filet przekrawam na pół, tworząc dwa płaskie, mniejsze kawałki. Każdy filet solę i pieprzę. Orzechy tłukę w moździerzu – powinny być dosyć drobne, ale gdzieniegdzie może zostać większy kawałek.

Do pierwszej miseczki wsypuję bułkę mąkę. W kolejnej miseczce mieszam bułkę tartą i orzechy. W trzeciej roztrzepuję jajko. Filety maczam w jajku, obtaczam w mące, następnie znów w jajku i na koniec w orzechach i bułce tartej. Smażę na gorącym oleju, w dość dużej jego ilości (aby boki też były chrupkie). Następnie odsączam kotlety z namiaru tłuszczu na papierowym ręczniku.



Uwagi:

1. Obydwa przepisy są nie mają konkretnego źródła. Z orzechową panierką znamy się i lubimy juz od dawna, natomiast sałatka z dyni powstała wskutek inspiracji basiną zupą dyniową z orzechami i lazurem (swoją drogą zupę tez zrobiłam, była pyszna!).

2. Sałatka jest pyszna. Mamy tu słodkawą dynię (KaroLina przekonała mnie do jej smażenia), ostry ser i chrupkie orzechy, które idealnie komponują się ze smakiem sera i miękkością dyni. Jest tu także kumin, który nadaje wyrazistości dyni. Bo musicie wiedzieć, że dynia + kumin to moje kolejne połączenie idealne.

3. Kurczak też pyszny, bo chrupiący, bo soczysty w środku, bo delikatny i wyrazisty zarazem. Bardzo pasowałaby mi do niego mieszanka sałat z lekkim winegretem.

4. Oczywiście moje orzechowe wariacje wiążą się z Orzechowym Tygodniem, o którym ciągle myślę jako o Orzechowym Weekendzie, bo takim go ongiś zapamiętałam :)


*chyba lubię smażyć (choć nie robię tego zbyt często)… Bo gdy przejść niemiły etap panierowania, podczas którego ciasto i jajko tworzą na palcach grube warstwy, zaś kuchenny blat wygląda jak po przejściu tornada, to robi się całkiem miło. Tłuszcz przyjemnie skwierczy, a ja obserwuję, jak kotlet powoli zaczyna się złocić. Panierka staje się chrupiąca, a w środek zachowuje całą swą soczystość i delikatność, kotlet ląduje na talerzu;

** a o którym jeszcze pewnie wspomnę;

czwartek, 5 listopada 2009

Wespół zespół z panią Marią I.



Lubię szperać. W dawno nie otwieranych szufladach, w kartonowych pudełkach z zapomnianymi skarbami, w segregatorach z przepisami, w sklepach z rupieciami, w antykwariatach, w księgarniach...

Szczególnie miłe jest mi szperactwo antykwariatowe, pośród nadgryzionych zębem czasu książek, w atmosferze o lekko bibliotecznym zabarwieniu*.

Czasem odwiedzam pewien antykwariat we Wrzeszczu. Z reguły wychodzę stamtąd z jakąś zdobyczą: to w nim kupiłam za grosze trzy tomy opowiadań Iwaszkiewicza, stare wydanie „Pestki” czy serię książek Gombrowicza. Ale najwięcej czasu spędzam przy półce z książkami kulinarnymi. I choć nie znalazłam tam nigdy naprawdę starej książki kulinarnej**, to jednak lubię przeglądać urocze książki z czasów PRL-u, z tysiącem przepisów na potrawy z mleka, z opowieściami o kuchni radzieckiej czy :niesamowitych" zwyczajach kulinarnych mieszkańców Stanów Zjednoczonych albo z poradami, jak wykorzystać nadpleśniały słoiczek dżemu.

Ostatnia wizyta we Wrzeszczu była nad wyraz udana, bowiem w ręce wpadła mi książka, za którą od dawna się rozglądałam: „Gawędy o jedzeniu” Marii Iwaszkiewicz. Wiedziałam, że połknę ją w kilka chwil i się nie myliłam. Książka była smaczna i zabawna. Lekko ironiczna i bliska mojemu widzeniu świata.



Dziś zacytuję przepis na powidła śliwkowe (wzbogacając go o kilka składników, dzięki którym powstają nasze domowe powidła). Posłuchajcie, jak ładnie można pisać o tak prostych rzeczach:

Do zrobienia powideł potrzebne nam są następujące rzeczy: sad ze śliwkami węgierkami, pogoda w kwietniu lub maju, gdy śliwy kwitną, pogoda we wrześniu i sierpniu, gdy śliwy dojrzewają, drabinka, mąż, który lubi się wspinać na drzewa i odróżnia śliwkę robaczywą od nierobaczywej, duży sagan, kuchnia – niestety – węglowa, kopyść do mieszania i dużo cierpliwości do tegoż. Potem to już głupstwo.

Sad – jest.
Pogoda w kwietniu i maju – była.
We wrześniu i sierpniu – także.
Drabinka – niepotrzebna, bo śliwa niewielka.
Mąż – brak, ale poradziłam sobie bez niego ;).
Duży sagan – był.
Kuchnia niestety gazowa.
Łycha drewniana do mieszania.
Cierpliwość umiarkowana.

Cd. przepisu M. Iwaszkiewicz:

Należy śliwki przekrajać, pestkę wyrzucić; wybierać tylko bardzo dojrzałe owoce. Wrzucić do garnka i postawić najpierw na ostrym ogniu. Śliwki powinny puścić dużo soku, przy czym poziom ich w garnku znacznie spadnie. Nie wolno dodawać śliwek już w czasie robienia powideł. Śliwki zmieniają pomału kolor na coraz bardziej brązowy.

W miarę gotowania stawiamy na mniejszy o
gień tak, że masa powinna być tylko z lekka perkotać w s y m p a t y c z n y sposób. No, i niestety ciągle mieszać, ponieważ powidla mają tendencję do przypalania się. Jeżeli nabiorą troszeczkę dymnego zapachu – to nie szkodzi, ale za wiele nie można.

A z cukrem postapić tak: jeżeli śliwki były bardzo słodkie, wystarczy kilogram cukru na ok. 8 kilo śliwek. Trzeba próbować i osłodzić do smaku. (…) Cukier dosypujemy m
niej więcej w połowie smażenia, który to proces musi trwać ok. 2 dni, po 8 godzin każdego dnia. Zaprzestać smażenia, jeżeli powidła nabrane na łyżkę spadają wielkimi płatami.(…)



My robimy powidła korzenne***, dodając w trakcie smażenia
orzechy włoskie
albo płatki migdałowe (najlepiej podprażone na patelni),
kilka ziaren kardamonu i
goździków łyżkę (jedne i drugie utłuczone w moździerzu),
na koniec cynamon (sproszkowany lub w formie lasek).

Potem to już głupstwo.



* z przeciągłym ciiiiiii, połączonym z pełnym dezaprobaty spojrzeniem wysyłanym przez wyblakłe sprzedawczynie, które niczym cienie przemykają między półkami;

**naprawdę stara książka kulinarna to dla mnie książka wydana przed 1950 r.;

***a powidła korzenne czekają w słoikach na zimowe dni z filiżanką herbaty i złocistą grzanką z drożdżowego ciasta;

poniedziałek, 2 listopada 2009

Polska masakra nożem kuchennym

Nie mam w zwyczaju recenzować książek kucharskich, ale chyba nadeszła pora, by to zrobić. Oto na moim biurku wylądowała pozycja, której nie mogę odpuścić: „Kuchareczka. Przepisy z pieprzykiem”.

Droga książeczki była długa i wyboista: dostałam ją od dziadka, który to otrzymał ją jako prezent od niejakiego Edwarda G., który – jak się później okazało – zajmuje się zachęcaniem emerytów i gospodyń domowych do zakupu garnków. Wrócił więc dziadek z takiego niezwykle interesującego spotkania z łupem w postaci "Kuchareczki", którą postanowił podarować swej gotującej wnuczce.

***

Za siedmioma górami, za siedmioma rzekami, w niewielkim kraju na skraju Europy, żyła sobie kuchareczka. Kuchareczka lubiła pichcić na tyle mocno, że pewnego dnia pomyślała: a może by tak napisać książkę kucharską?

Co pomyślała, to uczyniła, do księgarń książka trafiła.

A warto Wam wiedzieć, że książka to nie byle jaka, bowiem kuchareczka zadbała o to, by jej dzieło miało „absolutnie unikalną i wyjątkową formułę (fotokomiksu kulinarnego)”*.

W rzeczy samej, jest to unikatowa książka, wystarczy z resztą spojrzeć na okładkę i przeczytać jej tytuł by zrozumieć, z czym będziemy mieć do czynienia przez kolejne kilkadziesiąt stron. Na różowym tle umieszczono zdjęcie blondynki przyodzianej w wydekoltowaną i – a jakże! – różową bluzeczkę. Na głowie kuchareczki spoczęły królicze uszy, co zapewne stanowi nawiązanie do słynnych króliczków Playboya. Trochę dalej za wypiętymi ustami blondyny widnieje tytuł dzieła: „Kuchareczka. Przepisy z pieprzykiem”.

Na dalszych stronach kuchareczka się rozkręca: usta wydają się jeszcze bardziej wydęte, jej biust spoczywa na potrawach, które przyrządziła, a teksty, jakie znajdują się w dymkach (w końcu książka posiada unikatową formułę fotokomiksu kulinarnego), zwalają z nóg. Zajrzyjmy na stronę dotyczącą sajgonek: kuchareczka przygotowuje je razem z koleżanką Ewą. Na szczególną uwagę zasługuje moment, gdy koleżanka zalewa wrzątkiem makaron ryżowy. Albo scenka z przepisu dotyczącego makaronu przyrządzonego przez narzeczonego kuchareczki: autorka pochyla się nad łyżką makaronu (oczywiście w scenie występuje także główny bohater książki, czyli biust kuchareczki), zaś jej narzeczony, zerkając filuternie w obiektyw, stwierdza, że „ten makaron dziewczyny jedzą z ręki”. Albo to pierwsze zdjęcie przy sałatce śródziemnomorskiej: kuchareczka zaciska usteczka (wydymając je zarazem, jak ona to robi?) i stwierdza „potrzebuję niewiele…”, zaś czytelnik zastanawia się, czy chodzi jej o to, że na śniadanie wystarczy jej kanapka z żółtym serem, czy może w wypowiedzi czai się jakiś głębszy sens?

Powyższe opisy to tylko przykłady – nie sposób opisać wszystkie teksty i pozy, w jakich występuje kuchareczka, bowiem cała książka składa się z takich właśnie scenek.

Ja zaś zastanawiam się, jaki jest sens wydawania takich książek? Do kogo ma trafić ta wielce unikatowa formuła książki kucharskiej? Do mężczyzn, którzy przeglądając strony książki mogą podziwiać wdzięki kuchareczki? Nie sądzę, od tego są przeróżne magazyny na „p” i „c”, w których kobiece ciała zaprezentowano w o wiele bardziej smaczny sposób. Więc może książka ma trafić do kobiet? Jeżeli tak, to zakładam, że jej czytelniczki muszą być pozbawione szacunku do swej płci, gustu oraz smaku. Jeśli bowiem szanują swą płeć, nie zniosą rozerotyzowanych póz kuchareczki, która wydaje się żyć tylko po to, by zaspokajać swego misiaczka, wyginając się przy garach w skąpych majteczkach i kusych koszulkach. Jeśli natomiast mają odrobinę gustu i dobrego smaku, to nie przemówi do nich natrętna szata graficzna, komiksowy bałagan i infantylne teksty kuchareczki.

Najgorsze w tym wszystkim jest to, że znalazło się wydawnictwo, które postanowiło zainwestować w tę „unikatową formułę” i wydrukować przepisy kuchareczki z jej roznegliżowanymi zdjęciami kiepskiej jakości, okraszone żenującymi tekstami.

Na koniec dodam, ze przepisy kulinarne to ostatnie, na co zwraca się uwagę, przeglądając tę książkę. A szkoda, bo spis treści wygląda kusząco: mamy tu kilka włoskich klasyków (spaghetti aglio olio czy lasagne), mamy kilka fajnych zup (z soczewicy, czosnkową albo z botwinki) czy ciekawe przekąski (szpinak z ciecierzycą, kulki ryżowe).

Szkoda, że biust kuchareczki przesłonił wszelkie walory kulinarne tej pozycji.

Ola Dembska „Kuchareczka. Przepisy z pieprzykiem”

wyd. Edipresse Polska SA


*cytat pochodzi ze wstępu do tej książki; Wszystkie zdjęcia w tej notce przedstawiają fragmenty "Kuchareczki...";

czwartek, 29 października 2009

Pośród lepkich zielonkawych liści



Nagle niebo nad P. pociemniało. Ostry wiatr przepędził ostatnie promienie słońca i mgła wkradła się do ogrodu. Stałam w mokrej trawie pośród lepkich zielonkawych liści, podgniłych pąków róż i śliskich gałązek, zapamiętując zapachy końca października.

A koniec października pachniał ziemią i wilgotnymi liśćmi.

Mleczna mgła oblepiała ogród coraz grubszą warstwą, zmarzły mi dłonie, zaś moje płuca wypełnił chłód. Z żalem stwierdziłam, że czas wracać do domu. Na pocieszenie zrobiłam ostrą zupę i obejrzałam zdjęcia zeszłej jesieni.



A zeszła jesień pulsowała barwami* -
ogród mienił się żółcią, czerwienią i pomarańczem, tu i ówdzie ukazując plamkę zieleni. Tylko ja byłam wtedy bardziej szara.**



OSTRA ZUPA DYNIOWA

(przepis na 4 duże porcje lub 8 małych)

Składniki:

ok. dwukilogramowa dynia (waga przed obraniem)
2 czerwone cebule, posiekane
2 marchewki, posiekane
4 ząbki czosnku, zmiażdżone
1,5 łyżeczki suszonego rozmarynu
1/2 suszonej papryczki chili
2 l bulionu
8 kromek pszennego chleba
oliwa
parmezan
olej z pestek dyni (do przystrojenia zupy)

Na oliwie podsmażam cebulę, czosnek, marchew, chili i rozmaryn. Warzywa doprawiam szczyptą soli, pieprzu i duszę ok. 10 minut. Następnie dodaje pokrojoną w kostkę dynię, podsmażam ją chwilę i zalewam bulionem. Doprowadzam wywar do wrzenia, zmniejszam ogień i duszę przez pół godziny.

W tym czasie przekrawam kromeczki chleba na połówki, układam na patelni, posypuję startym parmezanem i podsmażam na złoty kolor.

Gdy dynia będzie miękka, miksuję ją na gładki krem. Doprawiam do smaku, rozlewam ją miseczek i polewam odrobiną oleju z pestek dyni.

Zupę podaję z ciepłymi grzankami. Zajadam w zimne jesienne popołudnie, licząc, że jeszcze pojawi się słońce.


Uwagi:

1. Zupę zrobiłam na podstawie przepisu Jamiego Oliviera z książki "JO w domu" (to jedna z moich ulubionych pozycji tego autora). W książce figuruje pod nazwą wyśmienita zupa z dyni z grzankami i w rzeczy samej JEST wyśmienita!

2. Jamie wzbogacił przepis o listki szałwii. Jako że nie miałam szałwii, musiałam zrobić zupę bez niej. Rozmaryn i chili wystarczająco zaostrzają smak dyni, więc brak szałwii nie był bardzo bolesny. A zupa jest pyszna - ostra, rozgrzewająca, aromatyczna. Mamy tu słodycz dyni, ale i dużo ostrości, którą daje czosnek, cebula i chili.
Zupa bardzo fajnie smakuje z chrupiącymi grzankami i kilkoma kroplami oleju z pestek dyni.



*w tym roku przymrozek zabił bluszcz, nim ten się zaczerwienił, podobnie z miłorzębem, nie zdążył pożółknąć… Szkoda, że nie zdążyłam nacieszyć nim oczu, pozostają tylko zdjęcia z zeszłego roku;

**a wiecie, że niedawno minął rok od mojego powrotu na łono bloggera? : )

niedziela, 25 października 2009

Pożegnanie ze szlafrokiem



Jadąc porannym autobusem do Sopotu nie przypuszczałam, że dwie godziny później siedząc w tym samym pojeździe, będę szczerzyć zęby do swego odbicia w szybie, że będzie mi ciepło mimo przejmującego chłodu na zewnątrz i że z rozanielenia będę unosić się kilka centymetrów nad upstrzonym mokrymi liśćmi chodnikiem…

Jadąc porannym autobusem do Sopotu nie miałam pojęcia, że to wszystko tak szybko i zadziwiająco gładko się potoczy! Że moje ledwo co rozpoczęte poszukiwania pracy zostaną zakończone i z szarawej pustki wpadnę w wir pracy.

Żegnaj różowy szlafroku, żegnajcie poranne miodki, przedpołudniowe kawki i długie wędrówki po markecie w porze, w której zakupy robią tylko emeryci!

Rozpoczęcie nowego etapu uczciłam cappuccino i kawałkiem tortu Sachera w mojej ulubionej cukierni.* Siedząc przy kawiarnianym stoliku tak byłam pochłonięta myślami o przyszłości, że zupełnie porzuciłam moje społeczne obserwacje…

Po rozmyślaniach dotyczących szeroko pojętego Jutra, przeszłam do bardziej przyziemnych i rzeczowych rozważań: co by tu zrobić na obiad, by uczcić ten dzień, a zarazem nie spędzić kilku godzin w kuchni? Odpowiedź przyszła dopiero w sklepie, gdy moje spojrzenie padło na bladoróżowe dzwonki łososia. O tak, łosoś w śmietanowo-koperkowym sosie to strzał w dziesiątkę. Do tego krucha sałata lodowa z musztardowo-miodowym winegretem, lampka wina i towarzystwo przystojnego mężczyzny; tak widzę moje wieczorne świętowanie.

Jak powiedziałam, tak zrobiłam. Czyli najpierw podsmażyłam łososia, potem przygotowałam sos , umyłam sałatę, zrobiłam winegret, rozłożyłam talerze i SIĘ, w fotelu (oczekując, aż luby otworzy wino i można będzie stuknąć** się kieliszkami oraz wypowiedzieć jakieś zaklęcie).

A teraz mam przed sobą garstkę wolnych dni, które – nie licząc załatwiania kilku ważnych spraw - poświęcę na to, co lubię najbardziej, czyli na czytanie, pisanie, gotowanie i jedzenie. Czeka na mnie „Pchli pałac”, lektura, która leży na półce już od wakacji. Zajrzę na kulinarne strony NY Times i Gourmet (magazyn utopił się w morzu recesji, strona internetowa pełna ciekawych artykułów póki co istnieje). Przeczytam dalsze miesiące archiwalnych notek z blogu niesamowitej Molly.

I jeszcze wsiądę do pociągu i kilka godzin później pójdę pod orzechowce, wyłuskać z poczerniałych już łupinek orzechy. Ubiorę puchową kurtkę, kalosze i w towarzystwie Bosfora będę grabić liście. A potem rozgrzeję się herbatą, siedząc w kuchni razem z mamcią.



I na pewno coś upiekę.



CIASTO DYNIOWE W POLEWIE Z BIAŁEJ CZEKOLADY

Składniki:

1,5 szkl mąki
po 1 łyżeczce proszku do pieczenia, sody, cynamonu
1/2 łyżeczki soli
3 jajka
1 szklanka cukru
2/3 szkl oleju
3/4 szkl puree dyniowego (ja dałam 1 szkl utartej surowej dyni, patrz: Uwagi)
1/2 szkl soku jabłkowego
3/4 szkl posiekanych orzechów włoskich
1 tabliczka białej czekolady
1 łyżka masła

Jajka, cukier ucieram w mikserze. Dodaję przyprawy, sodę mąkę olej, sok. Następnie dodaję dynię i orzechy.
Piekę 40 minut w 180 st (piekłam w posmarowanej masłem i posypanej bułką tartą formie na babki) - patyczek włożony w ciasto powinien wyjść czysty.

Czekoladę topię w kąpieli mlecznej, dodając do niej łyżkę masła (polewa będzie miała nieco lżejszą konsystencję, łatwiej się rozprowadzi).

Przestudzone ciasto polewam roztopioną czekoladą.




Uwagi:

1. Przepis na to ciasto to zmodyfikowana wersja ciasta marchewkowego. I choć marchewkowe pozostaje moim faworytem (dyniowe ma bardziej wyczuwalny warzywny posmak) , to dyniowe też stanowi ciekawą wersję. Jest puszyste, dynia nadaje mu ładną, złocistą barwę.

2. Do ciasta dodałam orzechy włoskie, choć myślę, że fajnie smakowałoby także z rodzynkami, z uprażonymi orzechami laskowymi albo z suszoną żurawiną.

3. Uzupełnienie: w komentarzu pod postem dobra dusza poradziła, by nie używać do ciasta surowej dni, bo to ona odpowiada za warzywny posmak - podpieczenie tego warzywa wydobędzie zeń słodycz, dlatego do babki polecam puree dyniowe.



*Małgosia pewnie wie, o jakie miejsce mi chodzi ;)

** białoczarna, mimi, brawa za spostrzegawczość, której mi zabrakło! :) nie skopiowałam z Worda ostatnich linijek... Nadrabiam zaległości:brzydki to zwyczaj, wiem, ale dla mnie nie ma toastu bez stuknięcia! To jak wypowiedzenie życzenia bez zdmuchnięcia świeczek na urodzinowym torcie albo bez złapania się za guzik, gdy mija nas umorusany sadzą kominiarz;

środa, 21 października 2009

A na ostatni posiłek zjadłabym...



Gdybym była dziennikarką, w zestawie moich pytań znalazłaby się jedna żelazna pozycja. Pytanie to zadawałabym bez względu na to, jaką funkcję pełni mój rozmówca – postawiłabym je i Dodzie, i Władimirowi Putinowi, i Papieżowi, i Jackowi Dehnelowi. A brzmiałoby ono następująco: co chciałbyś zjeść na swój ostatni ziemski posiłek? Przed oczyma rozmówców przebiegałyby tysiące smakołyków, setki smaków i związanych z nimi miłych wspomnień, aż wreszcie wyłuskaliby to jedno, jedyne, godne ostatniej wieczerzy danie.

Pamiętam film, w którym więzień prosił, by przed egzekucją podać mu jagodowe pancakes z bitą śmietaną. Pamiętam, że w jednej z rozmów Nigella Lawson bez wahania odpowiadała, że na swój ostatni posiłek wybrałaby pieczonego kurczaka. Ja też odpowiedziałabym bez wahania: na ostatni ziemski posiłek zjadłabym bliny z boczkiem i jajkiem sadzonym oraz kluski śląskie ze skwarkami.
I tu powstaje problem: nie umiem wybrać między tymi dwoma daniami. Moje podniebienie darzy je bowiem identyczną miłością.

Miękkie, kształtne kluseczki z apetycznym dołkiem, okraszone malutkimi kawałkami chrupiącego boczku, rozgniatane na talerzu tak, by wchłonęły wszystkie krople tłuszczyku (którego za wiele być nie może, bo potrawa będzie nazbyt mdła)

czy

lekko wilgotne bliny, z plastrami słonego boczku i jajkiem sadzonym, które po przebiciu zalewa placek ciepłym żółtkiem?

Iście hamletowski dylemat…

Jedno jest pewne: to bliny były w naszej rodzinie od pokoleń.

Ostatnio, siedząc przy stole nad talerzem babcinych blinów, dziadek opowiedział mi historię tego dania w naszej rodzinie. A musicie wiedzieć, że nie ma potrawy bardziej związanej z rodem K. niż bliny. Nic w tym dziwnego, wszakże dziadek pochodzi z Kresów. A nie ma większego miłośnika blinów niż Kresowiak.

Robiła je babcia dziadka, robiła je jego mama.
Bliny, które wychodziły spod rąk moich prababek, różniły się od tych, które dziś lądują na naszym stole. Podstawowa różnica jest taka, że tamte bliny pieczono w wielkim kuchennym piecu, tym samym, w którym powstawały chleby i drożdżowe baby na Wielkanoc. Dziadek opowiadał, że kucharka wlewała ciasto na małe patelenki (było ich w domu kilka, bo przyśpieszało to proces pieczenia), które wędrowały do buchającego gorącem pieca. Po chwili przerzucała je na druga stronę. Niewiele później wychodziły z pieca sprężyste, rumiane bliny. Gdy wszystkie były już upieczone (a robiło się ich mnóstwo), wygłodniała rodzina zasiadała do stołu i rzucała się na stos parujących placków.
Jadło się je ze śmietaną, z topionym masłem albo – w bardziej odświętnej wersji - właśnie z boczkiem i jajkiem sadzonym. Nigdy na słodko (dlatego tak bardzo dziwi mnie widok blinów z dżemem, dla mnie to kompletna pomyłka smakowa). Co ważne: nasze bliny od zawsze robiło się z pszennej mąki, te z mąki gryczanej były rzadkością.

Bliny jadał dziadek kilka razy w tygodniu. Po dziś dzień pojawiają się one na stole u naszej ciotecznej babki, która każdego niedzielnego poranka smaży dla swych dzieci i wnuków góry blinów.



U nas bliny pojawiają się wtedy, gdy zjawiają się dziadkowie.
Około południa babcia* przygotowuje ciasto, a parę godzin później roztapia na patelni kawałek słoniny** i przystępuje do smażenia. Wiem, że pierwszy blin - tak jak naleśnik - jest najgorszy, ale nigdy nie mogę się powstrzymać i zjadam go, parząc sobie palce. Potem jest już tylko lepiej, kolejne placki są coraz bardziej puszyste i delikatne. Ja jestem w stanie zjeść trzy, czasem cztery placki. Po trzech blinach ledwo się ruszam, po czterech umieram, powtarzając sobie w myślach już nigdy tyle nie zjem. Chociaż ostatnio nasz domowy rekord został pobity, bowiem Tomek zjadł sześć placków. A musicie wiedzieć, że bliny, które robi babcia nie są już rozmiarów patelenki, która lądowała w piecu, a wielkości dużej patelni…

Jakieś trzy lata temu postanowiłam sobie, że nauczę się je robić. Po pierwszej nieudanej próbie (jedyne, co wspólnego miało moje dzieło z prawdziwymi blinami, to zapach i tradycyjne dodatki) zrezygnowałam.
Kilka dni temu zrobiłam kolejny krok ku Blinom Moich Marzeń i choć nie wyszły idealne, to były już zadowalające. I dobre. Czuję, następny raz będzie jeszcze bardziej udany i nadejdzie dzień, w którym powiem babci: siadaj, ja usmażę; chcesz z jajkiem czy ze śmietaną?



NASZE BLINY

Składniki:

(na ok. 12 małych albo 6 dużych placków)

300 g pszennej mąki
20 g świeżych drożdży
szczypta cukru
1/2 łyżeczki soli
letnia woda
kawałek słoniny do natłuszczania patelni

Drożdże z cukrem i łyżką mąki rozpuszczam w 2 łyżkach letniej wody. Odstawiam do wyrośnięcia.
Po dwóch kwadransach dodaję do drożdży mąkę i tyle letniej wody, by ciasto miało konsystencję kwaśnej śmietany. Ciasto na bliny przypomina trochę ciasto naleśnikowe, jest dosyć gęste, ale musi łatwo wylewać się na patelnię.
Dodaję do ciasta sól i mieszam mikserem na średnich obrotach. Następnie przykrywam miskę ściereczką i odstawiam w ciepłe miejsce na min. 1 godz. Ciasto powinno podwoić swoją objętość.

Po tym czasie rozgrzewam dwie patelnie i natłuszczam je nadzianą na widelec słoninką. Nakładam porcje ciasta i smażę. Gdy na powierzchni pojawią się dziurki, a brzegi placka się zetną, przywracam go na drugą stronę i smażę jeszcze chwilę. Gotowe bliny układam na talerzu, przykrywając je drugim, by nie wystygły.

Część blinów podaję z kwaśną śmietaną, a część z usmażonymi na chrupko plastrami boczku i jajkiem sadzonym (zrobionym na tłuszczu wytopionym z boczku).

Uwagi:

1.Ciasto można wzbogacić o starty surowy ziemniak, wówczas bliny będą bardziej wilgotne. Można też dodać jedno roztrzepane jajko – wówczas będą bardziej ścisłe.
Jednak babcia najczęściej robi je bez tych dodatków.

2. Bliny wyszły mi zbyt ścisłe, ponieważ moje wyobrażenie konsystencji kwaśnej śmietany odbiegało trochę od oryginału. Dlatego też placuszki są mniejsze: nasze bliny są bardziej płaskie i łatwiej rozlewają się na patelni. Pamiętajcie: ciasto musi dosyć luźno wylewać się na patelnię, wtedy będzie idealne! Ja będę pamiętać o tym następnym razem...

3. O smaku blinów napisałam już chyba wszystko… Podam więc link do ciekawego artykułu P. Bikonta: oto i on.



*babcia, góralka z Sopotni Małej, nie znała blinów; początkowo robił je więc dziadek, ale gdy babcia opanowała zdolność przyrządzania tych placków, zajęcie to przeszło na nią;

**na słonince najlepsze!
Blog Widget by LinkWithin