czwartek, 28 sierpnia 2014

Noc Czytania na Targu Węglowym i muzyczne zagadki (patisony marynowane w czosnkowej oliwie)




To może najpierw zacznę od tego, żenajbliższy piątek, 29 sierpnia (od 18:00 do 24:00) na Targu Węglowym w Gdańsku odbędzie się Noc Czytania, czyli plenerowa akcja literacka inaugurująca jesienny sezon czytelniczy. Program imprezy jest niezwykle smakowity i żałuję, że nie będę w stanie uczestniczyć w jej całości.

I tak na przykład o 18:30 rozpocznie się blok „Literatura na widelcu”, podczas którego trójmiejskie blogerki kulinarne podzielą się smakami z ulubionych książek. Ze względu na znaczne niedobory czasu nie miałam możliwości nic przygotować, ale z przyjemnością skubnę książkowych delicji od znajomych. Swoją drogą, zastanawiałam się, po jaką książkę bym sięgnęła w poszukiwaniu kulinarnych inspiracji i ostatecznie padło na powieści Małgorzaty Musierowicz, która zawsze niesamowicie trafiała do mojego podniebienia i „Smażone zielone pomidory” F. Flagg.


O 19:30 możecie mnie wypatrywać podczas dyskusji pt. „O, smaku!”. Grono dyskutantów jest tak zacne, że aż się rumienię na myśl, że będę siedziała wśród nich. O niezwykłych właściwościach smaku w literaturze, o tym, jak się smak czyta, opisuje i rysuje, rozmawiać będę z… Bogusławem Deptułą (autora znacie z „Literatura od kuchni”, o której tu pisałam) i moją ulubioną rysowniczką Agatą Królak, której książki kulinarne również prężą się na mojej półce (o "Z działki, z lasu i takie tam" pisałam tutaj). Dyskusję poprowadzi Agata Dąbrowska, a ja mogę zapewnić, ze zrobię wszystko, co w mojej mocy, by było rozmowa była co najmniej tak wciągająca jak miseczka solonych migdałów podgryzanych podczas wieczornego seansu filmowego.


Tyle o Nocy Czytania, teraz będzie chwilę o muzyce. Krótkie pytanie: jak nazywa się przystojny wokalista zespołu Faith No More? Patison, oczywiście. 

Bo dla mnie pan Patton na zawsze będzie Patisonem. A że patisony lubię, nie uważam tej permanentnej pomyłki za wielką ujmę  na honorze. W każdym razie, gdybym to ja była Pattonem, nie obraziłabym się, gdyby ktoś nazwał mnie Patisonem.*

Będąc przy patisonach: piękne, dziwne i zagadkowe to warzywa. Nie do końca wiadomo, jak się z nimi obchodzić, przypominają mi miniaturowe UFO, balansują gdzieś między cukinią a dynią… Niedawno wpadły mi w ręce małe młode patisony (tak, one też były od Zosi Gospodarstwa Ekologicznego Przytoki) i choć przez chwilę nie wiedziałam, co z nimi począć, wskazówka Zosi rozjaśniła mi sprawę: wystarczy patisona potraktować jak cukinię.

A gdy myślę „cukinia”, pierwsze, co widzę, to cukinia marynowana w oliwie i czosnku. Patison nie mógł więc skończyć inaczej.



PATISONY MARYNOWANE W OLIWIE I CZOSNKU


2 patisony

2 ząbki czosnku
sól
pieprz
oliwa
2 łyżeczki białego octu winnego

Patisony kroję na ok. 1/2 cm plastry, posypuję solą i podsmażam na niewielkiej ilości oliwy, aż zmiękną. W misce mieszam ok. 1/3 szklanki oliwy, zmiażdżone ząbki czosnku, ocet, pieprz i odrobinę soli. Gdy patison będzie usmażony i lekko ostygnie, wrzucam go do miski z sosem i delikatnie mieszam. Chowam do lodówki aby smaki się przegryzły, najlepiej na noc.

Uwagi:


11. 1.Wiem, że ta potrawa nie wygląda zachęcająco, bo skurczone patisony w oliwno-czosnkowej zalewie to jednak nie dumny kawałek czekoladowego ciasta, ale zapewniam Was, że smakiem są w stanie dorównać wyżej wymienionemu. Jeśli oczywiście ma się ochotę na warzywo o czosnkowym posmaku.

22. 2. Zapamiętajmy: patisony warto traktować tak, jak cukinię, a otwory się przed nami kraina nieskończonych pomysłów kulinarnych :)

 

* o istnieniu Roberta Patisona dowiedziałam się przed chwilą, sprawdzając w internecie, jak naprawdę nazywa się wokalista Faith No More, bo znów zapomniałam;


piątek, 22 sierpnia 2014

Gołębiarz Rybka i inni, czyli ostatnie chwile Indiańskiej Wioski w Gdańsku Wrzeszczu



W Trójmieście jak grzyby po deszczu wyrastają kolejne galerie handlowe. Betonowe molochy upstrzone logotypami światowych marek pożerają coraz większe połacie miasta, wysysając z niego charakter. Wszystko robi się równe i przewidywalne, nie ma miejsca na krzywiznę, obdrapanie, na placek dzikiej zieleni.

W samym Wrzeszczu, jednej z dzielnic Gdańska, powstaje trzecie centrum handlowe w promieniu kilku kilometrów. W Gdyni jakiś czas temu powstało centrum reklamowane jako największa galeria handlowa na Pomorzu. 

A ja chodzę między hałdami krzeseł starych kanap, zabawek, płyt, kartek z kiepską poezją, gazet z lat siedemdziesiątych, guzików i butów - cichych świadków przemian, które właśnie się dokonują. W tle słychać szum kolejki miejskiej, której żółto-niebieskie kolory migają między drzewami, nieco dalej błyszczą neony Galerii Bałtyckiej. Jestem przy ulicy Nad Stawem w Dolnym Wrzeszczu, w miejscu zwanym Indiańską Wioską. Nazwy tej użył G. Grass, ponoć ze względu na fakt, że przed wojną mieszkało w tym miejscu wielu komunistów (Czerwona Wioska przeistoczyła się w Indiańską).




Indiańska Wioska to niewielkie osiedle jednopiętrowych domów z muru pruskiego zanurzone w zieleni, powstałe około 1918 roku dla pruskich pilotów myśliwców, a po demilitaryzacji Gdańska zasiedlone przez cywilów (po II wojnie światowej zamieszkało tu wiele rodzin z Wilna). 

Dzisiaj, w sierpniowe popołudnie, chodzę z przyjaciółki między budynkami, a raczej tym, co z nich pozostało zaglądam do zarośniętych ogródków, zrywam owoce ze zdziczałych drzewek, zaglądam do gazety z 1976 roku i ogarnia mnie banalny smutek wywołany kruchością losu. To, co kiedyś tętniło życiem, dzisiaj popadło w ruinę. Zza ceglanych ścian domków łypią dźwigi, symbol nieuchronnych zmian – w sąsiedztwie wioski powstaje kolejna galeria handlowa.





fot.: Miłosz W.;
To są ostatnie chwile Indiańskiej Wioski. Na środku placu, po którym kiedyś biegały dzieciaki, wyrosła wielka góra śmieci. Większość domów to już widma bez okien, ze splądrowanym wnętrzem i bezwartościowymi przedmiotami codziennego użytku, które dogorywają porozrzucane w okolicy. 








Niesamowite, jak złowieszczo wyglądają przedmioty, które straciły swego właściciela. 


Płyta z przebojami Krzysztofa Klenczona, guziki, czerwony pantofelek, stołek oparty o zmęczony życiem kasztanowiec, zdjęcie dziecka zajadającego się kurczakiem, pobite lusterko, zakurzone książki, porzucona kartka z kiepskim, ale rozczulającym wierszem (bądź mi słońcem w deszczowy dzień, bądź nadzieją, bądź życia jesienią), nudnawa książka, lalka bez nóg, grzechotka czy wycinek gazety sprzed kilkudziesięciu lat przeistaczają się w rekwizyty rodem z horrorów. 

Wyobraźnia segreguje rozrzucone rzeczy, nasuwa dziesiątki mniej lub bardziej prawdopodobnych historii dotyczących ludzi, którzy opuścili to miejsce, pozostawiając po sobie namacalne ślady w postaci porzuconych przedmiotów.


Pod nieobecność człowieka przeistacza się również przyroda. Zieleń szybko dziczeje, staje się groźna i niepokoi. Delikatna mimoza nabiera ostrości pośród ruin, zdziczała jabłonka straszy kostropatymi gałęziami, a bluszcz robi się agresywny.
         
 
Z kilkudziesięciu mieszkających tu rodzin, pozostało kilka. Ci, którzy jeszcze tu żyją, nie mają lekko, bo plądrownicy nie dają spać po nocy, hałasują, a nawet próbują wdzierać się do zasiedlonych jeszcze domów.

Jednego z mieszkańców spotkaliśmy podczas spaceru, kiedy robiliśmy sesję zdjęciową w najbardziej intrygującym zakątku wioski, starej szopie "ozdobionej" przerażającymi zabawkami.


Zmęczony życiem mężczyzna około sześćdziesiątki przyglądał się nam zza drzewa. Rottweiler, którego trzymał na smyczy, nie zachęcał do rozmowy, skinęliśmy więc głowami w geście przywitania i już mieliśmy odejść, ale mężczyzna sam do nas zagadał. Chyba chciał porozmawiać, opowiedzieć o smutnym schyłku życia w Indiańskiej Wiosce.

Rottweiler wabił się Czarny i wydawał się spokojny. Mężczyzna pożyczył psa od znajomego, by bronić się przed złodziejami. Opowiadał, jak dobrze kiedyś tu się żyło. Jak było zielono, jak dzieci biegały po wielkim podwórzu, jak obfite były przydomowe ogródki, jak bogate życie towarzyskie w tej zamkniętej enklawie w centrum miasta. Grille i śmiechy do rana. 

Potem zaprowadził nas go gołębiarza Rybki, który żyje w domu na skraju wioski, jednak mimo łomotania do drzwi, Rybka nie otwierał. „Pewnie zapił”, skwitował to nasz przewodnik. Porozmawialiśmy jeszcze chwilę, po czym się pożegnaliśmy, życząc mu spokojnej nocy, chociaż każde z nas miało świadomość, jak głupio to życzenie brzmi w aktualnej scenerii.

    

***
Pisząc o Indiańskiej Wiosce korzystałam z artykułu J. Gilewicza "Historia Indiańskiej Wioski we Wrzeszczu" (polecam obejrzenie filmiku z podlinkowanej strony).

Tym razem moja opowieść nie zostanie zwieńczona żadnym przepisem, bo jakoś smutno jeść po takim spacerze.




środa, 20 sierpnia 2014

Świat utracony i odzyskany?

fot. Miłosz W.;
Dawno nie pokazywałam tu zdjęć z moich spacerów po Trójmieście. A przecież ciągle lubię zaglądać przez dziury w płocie, fotografować to, co sypie się i kruszy, blednie, łuszczy i niszczeje, to co lada moment przeistoczy się w kupę gruzu. Lubię grzebać w zapomnianych mikroświatach.

Nad niektórymi miejscami wisi już wyrok, od którego nie ma odwołania. Za chwilę znikną, więc w pośpiechu je fotografuję, licząc, że ten świat utracony dzięki zdjęciom w pewien sposób stanie się odzyskany.

Już za chwilę podzielę się z Wami dużą porcją zdjęć z Gdańska, ze spaceru, który na długo zapadł mi w pamięci.


Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...