piątek, 21 listopada 2014

Kolor na listopad (aksamitny hummus dyniowy)


Liście się wyszumiały, jesień się wyzłociła, czas na obskurną listopadową szarość i marzenia o białym grudniu. Każdy dzień z niebem w kolorze stali to wyzwanie. Ciało zastygłe, bierze tę pogodę na przeczekanie, byle przetrwać, byle doczekać jakiegoś promienia słońca... 

Na razie walczę. Za oręż robi mi herbata, książka i koc. I jeszcze kolory w kuchni... Weźmy taką dynię: upiekłam kilka sztuk, ukręciłam pomarańczowe puree i upycham je do każdej możliwej potrawy. Jajecznica z dynią (dyniecznica...)? Proszę bardzo, świetnie smakuje i wygląda, zwłaszcza po posypaniu jej chipsami z szałwii. Szakszuka z dynią też pyszna. Albo warzywny gulasz. Albo pomarańczowy hummus...

Znów szarość za oknem...
Dyniowy hummus poleca Jamie w "Gotuj sprytnie..." (o książce pisałam notkę wcześniej). Ciecierzyca, tahini i czosnek zestawione ze słodkawą dynią dają fenomenalne efekty smakowe. Jednak aby hummus wyszedł idealny, trzeba pamiętać o kilku rzeczach:

- jeśli używacie ciecierzycy z puszki, koniecznie trzeba odsączyć ją z płynu; wiele razy trafiałam na okropny hummus śmierdzący płynem z puszki, to wszsystko psuje!
- hummus kocha tahinę (czyli sezamową pastę, tutaj znajdziecie przepis na jej domową wersję), która nadaje mu aksamitność i orzechowy posmak
- hummus trzeba długo i cierpliwie ucierać, a gładkości dodaję mu dolewając stopniowo lodowatej wody.

To co, kręcimy?


DYNIOWY HUMMUS

1 szklanka suchej ciecierzycy
1 szklanka pasty tahini (domową zrobicie wg TEJ receptury) 

1 szklanka puree dyniowego (przepis na puree TUTAJ)
1/3 szklanki lodowatej wody
2 łyżeczki sody
2 ząbki czosnku
3 łyżki soku z cytryny
sól


na wierzch:
oliwa do polania

pestki dyni
świeża kolendra

Dzień przed przygotowaniem hummusu, na noc, zalewam ciecierzycę zimną wodą z 1 łyżeczką sody (proporcje woda: ciecierzyca - 2:1).

Następnego dnia odcedzam i płuczę ziarna, zalewam wodą, dodaję 1 łyżeczkę sody i gotuję przez ok. 40 minut (ciecierzyca musi dawać się rozgnieść w palcach, nie może być sucha, a kremowa). Po ugotowaniu płuczę ciecierzycę i umieszczam w blenderze razem z tahiną, dynią, sokiem z cytryny, solą, czosnkiem - miksuję na idealnie gładką masę. Pod koniec miksowania dolewam powoli wodę, która nada my aksamitności. 

Hummus podaję w miseczkach, polany oliwą, posypany kolendrą i pestkami dyni.



Uwagi:

1. Hummus można przygotować z ciecierzycy z puszki, wówczas koniecznie trzeba odsączyć ją z płynu i dobrze opłukać ziarenka.

2. Bazowy przepis hummus znajdziecie tutaj.

3. A może wolicie coś zielonego? TEN hummus z bobu też jest cudowny!



środa, 19 listopada 2014

Na mojej półce: Plenty more, Gotuj sprytnie jak Jamie, Tender, vol. 1, Moja kuchnia w Paryżu, Zbrodniarz i dziewczyna, Zbrodniarz i dziewczyna, Matka Makryna, Księgi Jakubowe, Bukareszt. Krew i kurz.

Ciekawa jestem, czy przeprowadzono kiedyś badania, jak ma się pora roku do czytania. Czy długie jesienne dni sprawiają, że wzrost czytelnictwa rośnie, a może to latem, podczas wakacji pochłaniamy więcej książek?

Tego nie wiem, wiem jednak, że mój indywidualny wskaźnik czytelnictwa śmiga w górę jesienią. Bo można na listopad narzekać, że mokry, szary, mdły, nijaki, ale to właśnie teraz czyta się najlepiej. Jest spokojnie, czasu pod dostatkiem, bo daleko jeszcze do świątecznego amoku i tak miło zaszyć się pod kocem (tudzież kołdrą) ze smakowitą lekturą w zanadrzu. Kubek ulubionej herbaty dopełnia całości.

Dzisiaj chciałam pokazać Wam kilka nowości z kulinarnej i prozatorskiej działki, które znalazły się na mojej półce. Co czytam w jesienią? Jakie książki kulinarne mnie ostatnio inspirują? Odpowiedź znajdziecie poniżej.

Zaczynam od kulinariów:



1. "Plenty more" Yotama Ottolenghi.

Kto zna kuchnię autora wie, że może się spodziewać dopracowanych przepisów, ciekawych, czasem zaskakujących połączeń smakowych (które chce się zrobić od razu!). Po przepięknie wydanej i inspirującej "Jerusalem" (pisałam o niej tu) i arcyciekawym "Plenty" (pisałam o nim tu), pojawiło się "Plenty more" w cudnej, czystej szacie graficznej, wysmakowanymi grafikami, dobrymi, apetycznymi zdjęciami i przepisami, w których można się zakochać. 

Podsumowując: Yotam ciągle w formie!

2. "Gotuj sprytnie jak Jamie" Jamiego Olivera.

Po sporym rozczarowaniu "Daniami w 30 minut" i "Kulinarnymi wyprawami Jamiego" z przyjemnością zanurzyłam się w książce w stylu "starego" Jamiego, czyli z fajnymi przepisami opatrzonymi prostymi, apetycznymi zdjęciami. W prostszej formie, bez natłoku zdjęć, czcionek, pomysłów. I kilka rzeczy już z tej pozycji ugotowałam, co świadczy o jej mocy. 



3. "Tender, vol. 1" (pus "Tender, vol. II") Nigela Slatera.

Pierwsze, opasłe tomiszcze z serii "Tender" liczy sobie - bagatela - ponad 600 stron i traktuje o warzywach. Znajdziecie tu moc pomysłów na dania z każdym warzywem, jakie przyjdzie Wam do głowy. Całość opatrzono pięknymi, nieco mrocznymi fotografiami (dla mnie te zdjęcia zahaczają już o sztukę - są proste, grają światłem i cieniem, mają w sobie tajemnicę). "Tender, vol. II" to z kolei tom poświęcony owocom, również stoi na mojej półce i gorąco go polecam.



4. "Moja kuchnia w Paryżu" Davida Lebovitza.


David, to mój kolega po fachu (bloger;). Mieszka w Paryżu, jest Amerykaninem, co daje mu dystans do kuchni francuskiej (mimo całej miłości, jaką ją darzy). W "Mojej kuchni..." kusi mnie wiele razy, przeglądając książkę powtykałam w nią wiele zakładek ("do zrobienia!"). Jest to również zasługa bardzo ładnej oprawy graficznej książki - jest czysto, prosto i elegancko, a zdjęcia są apetyczne i nieprzekombinowane.


5. Uprzedzając pytania, na książkę Marty Dymek ("Jadłonomia"!) czekam, ale wiem, że będzie świetna.



A teraz niekulinarnie, oto co polecam na seanse pod kocem na kanapie:


1. "Zbrodniarz i dziewczyna" Michała Witkowskiego.

Jesień , zima to doskonały czas na lekturę kryminałów, więc "Zbrodniarz..." idealnie wpisał się w mój listopadowy krajobraz. Rzecz dzieje się pewnej zawilgotniałej jesieni, trup ściele się gęsto, a akcja wciąga. Do tego są luje, Michaśki i morze poza sezonem, czyli wszystko, co lubię. "Zbrodniarza..." czytałam na Kindlu, stąd brak zdjęcia książki.

2. "Wnuczka do orzechów" Małgorzaty Musierowicz.

To już dwudziesta książka z serii "Jeżycjada". Na mojej półce stoją wszystkie poprzednie tomy, nie wyobrażam sobie szczerby w tej kolekcji. I choć różnie bywa z moim odbiorem książek MM, to zawsze ich lektura sprawia mi przyjemność, bo to jeden krok w stronę dzieciństwa, czasów, kiedy pochłaniało się nowości MM zarywając noce i następnego dnia w szkole siedziało się z podkrążonymi oczami. 

"Wnuczka..." to - na przestrzeni kilku ostatnich tomów - jedna z lepszych pozycji "Jeżycjady". Oczywiście nic nie będzie tak smakować, jak "Ida sierpniowa" czy "Opium w rosole" czytane w podstawówce, bo zmieniły się czasy, bo my, wierni czytelnicy z gówniarzy przeistoczyliśmy się we wszystko wiedzących dorosłych, ale jest dobrze. Książka wciąga, nie kłuje naiwnością, moralizatorstwem, ma wyraziste postaci i soczyste dialogi. Czuć w niej życie.


3. "Matka Makryna" Jacka Dehnela.

Nowa powieść jednego z moich ulubionych autorów. Nie czytałam, ale na pewno będzie smakowicie.

4. "Księgi Jakubowe" Olgi Tokarczuk.

Kolejna ukochana autorka, tym razem w wersji maksi. "Księgi Jakubowe" to gigantyczna księga i nie mogę doczekać się, kiedy w końcu ją ugryzę. Czy ktoś już przeczytał? :)

5. "Zapomniane słowa", opr. zbiorowe pod red. Magdaleny Budzińskiej.

Pozycja dla tych, co lubią delektować się smakiem słowa, grzebać w starych słownikach, odkrywać stare-nowe wyrazy, bawić się językiem. To rzecz o słowach spychanych na margines, wychodzących z użycia, tracących na znaczeniu i zarazem próba ich ocalenia. 

6. "Bukareszt. Krew i kurz" Małgorzaty Rejmer. 

Rumunia w czasach komuny. Smutne obrazy życia codziennego, małe i duże tragedie mieszkańców, paranoje władzy, paradoksy systemu... Ważna lektura.

***

A co WY polecacie do czytania na dłuuuuugie, szare jesienne i zimowe wieczory?

***

PS A w następnym wpisie podzielę się z Wami przepisem na coś pysznego od Jamiego Olivera z "Gotuj sprytnie...".






sobota, 15 listopada 2014

Jesień na Kaszubach, część II (rozgrzewająca zupa dyniowa)



Mam w zanadrzu kilka, kilkanaście małych marzeń, których zrealizowanie nie byłoby dla mnie wielkim problemem, ale zawsze coś staje temu na przeszkodzie. Takim sztampowym marzeniem było ugotowanie zupy dyniowej w kaszubskim domku i zjedzenie jej w chłodny jesienny dzień, po długim spacerze po lesie.

Nic wielkiego, prawda? A jednak udało mi się wcielić ten plan w życie dopiero po kilku latach. Gdy tylko na dworze robiło się chłodniej, powietrze przesiąkało zapachem dymu i ziemi, a chodniki oblepiały się mokrymi liśćmi, myślałam o garnku zupy dyniowej pyrkającym na palniku w niewielkiej kaszubskiej kuchni.


Podczas ostatniego wyjazdu na Kaszuby (tutaj podzieliłam się z Wami pierwszą częścią zdjęć) zrealizowałam w pełni ten plan. Zupę podano do stołu! Po kilkugodzinnej włóczędze po lesie zjadłyśmy z Martą po dwa talerze dyniowej. 

Podałam ją z jedną z moich ukochanych przekąsek z dzieciństwa - usmażonymi na maśle grzankami natartymi dużą ilością czosnku


Ale od początku... 

Na Kaszubach wstało już słońce. Łóżko polowe, na którym spędziłam drugą noc, okazało się być całkiem wygodne, obudziłam się rześka i wypoczęta. Wilgoć i chłód, które wdzierały się przez nieszczelne okna, przegoniłam kubkiem kawy. 

Kawa, którą wypijam na tamtym tarasie to nieskończona przyjemność na każdej płaszczyźnie: mogę fotografować ją bez końca, cały czas ją chwalić oraz nieskończoną ilość razy delektować się jej smakiem i aromatem. A z twardym herbatnikiem Petit Beurre przyjemność jeszcze bardziej rośnie.


Po śniadaniu (tym razem jajecznica z maślakami) ruszyłyśmy na kolejny spacer. Podczas drogi chrupałyśmy herbatniki, słuchałyśmy coraz cichszych ptaków i obserwowałyśmy, jak las powoli zanurza się w lepką jesienną niemoc

Po powrocie apetyty nam dopisywały, więc szybko zabrałam się za gotowanie. Niestety dynia okazała się wyjątkowo twarda, więc musiałam potraktować ją siekierą. I to była najcięższa praca, jaką trzeba było wykonać podczas gotowania zupy. 

Potem już tylko pachniało czosnkiem, skwierczało i bulgotało. 

Podczas obiadu towarzyszył nam motyl. Po ciepłej nocy w ogrzewanym kominkiem pomieszczeniu stał się jakby bardziej żwawy, energiczniej trzepotał skrzydełkami. 
 

ZUPA DYNIOWA NA JESIENNE CHŁODY


1. gotowałam ją jak każdy krem, więc przepis sobie daruję. O, ta zupa z chipsami z szałwii była bardzo podobna w smaku do kaszubskiej dyniowej.

2. bawarska zupa dyniowa też zasługuje na to, by pewnej jesieni pojawić się w kaszubskim domu, podobnie jak pyyyyyszna ostra zupa dyniowa Jamiego Olivera czy zupa z pieczonej dyni (pojawiła się na blogu przy okazji pierwszej porcji zdjęć z październikowej wyprawy na Kaszuby sprzed dwóch lat).

3. A zimą marzy mi się kartoflanka na Kaszubach. Taka z chrupiącym boczkiem albo plastrami tłustego wędzonego łososia. Ciekawe, kiedy na nią przyjdzie czas...





Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...