środa, 20 kwietnia 2016

Macierzyństwo to nie ładne zdjęcie na Instagramie

Piętnastego kwietnia Olek skończył sześć miesięcy. Gdy pod koniec października po kolejnej ciężkiej nocy słyszeliśmy, że jak będzie miał pół roku, to z pewnością będzie lepiej, wydawało mi się to tak nierealne, tak odległe, jak moje pięćdziesiąte urodziny. Dzisiaj siedzimy na kanapie obok sześciomiesięcznego syna i zastanawiamy się, jakim cudem to tak szybko zleciało.

Na początku wydawało mi się, że wpadłam w czarną dziurę i nigdy nie wyskoczę z trybu karmienia Ola 10, a nawet 12 razy dziennie, że nie prześpię w jednym ciągu więcej niż dwie godziny, a wyjście z domu już zawsze będzie musiało zmieścić się w przedziale trzech godzin. Początkowo czułam się źle, bo to całkowite zredukowanie do roli butli z mlekiem połączone z kondycją, w jakiej ciało i umysł są po porodzie, nie rokuje dobrze. I owszem, jest ocean miłości, szczęścia i radości, ale są w nim wielkie i silne prądy smutku, poczucia beznadziei i zmęczenia. Potem przyzwyczaiłam się do tego trybu i zaakceptowałam moją ówczesną sytuację.

czwartek, 14 kwietnia 2016

Przepisy na jedną rękę #2 (pieczone ziemniaki w kratkę i zielony sos tahini Nigelli Lawson)


Babeczki na jedną rękę (klik) spotkały się z dużym odzewem. Jak można było się domyślać, grono zainteresowanych szybkim gotowaniem jest duże. Dostałam od Was sporo pytań o inne przepisy "na jedną rękę" i pomyślałam sobie, że warto z tego zrobić mały cykl. Będzie to o tyle łatwe, że obecnie większość dań, które pojawiają się na naszym stole*, robię z Olutkiem na rękach.

To, co jeszcze łączy wszystkie te potrawy "na jedną rękę", to jeszcze czas przygotowania  - mam na nie maksimum pół godziny, bo tyle czasu Olo wytrzymuje w nosidełku w jednym miejscu. Potem niestety zaczyna się wiercić i wymusza na mnie wędrówki po domu lub zabawy stacjonarne, na kanapie lub wyspie. Tak, należę do tych mam, które nie mogą "odstawić" dziecka do samodzielnej zabawy albo ułożyć go w bujaczku i mieć pół godziny spokoju.

piątek, 8 kwietnia 2016

Przepisy na jedną rękę, czyli z dzieckiem w kuchni (podwójnie czekoladowe babeczki Nigelli Lawson)


Kiedy rodziło się moje zainteresowanie kulinariami, dzieliłam przepisy na słodkie i słone, przy czym jedynie słodkie mnie interesowały. Szerokim łukiem omijałam receptury mięsne czy warzywne. Kilka lat później interesowały mnie przepisy, które wcześniej ignorowałam, a straciłam zaś zainteresowanie słodkości, które tak mnie niegdyś pociągały. Potem pojawiały się u mnie przelotne miłostki do pewnych grup przepisów  - od fascynacji muffinami począwszy (zamiłowanie do muffinów to cecha charakterystyczna początkujących kucharzy), po sympatię do tart, dań makaronowych czy klasyków kuchni polskiej. Powrót do naszych rodzimych receptur to moja niedawna faza kulinarna, bo przychodzi taki dzień, kiedy człowiek uświadamia sobie, że przyrządzał już setki curry, ucierał kilogramy hummusu, gotował tryliony włoskich past i francuskich kiszów, a nigdy nie zrobił np. zupy ogórkowej czy kotletów mielonych.

wtorek, 22 marca 2016

Nasza słodka Wielkanoc


Przygotowania świąteczne jeszcze u nas w powijakach, bo nie mamy jeszcze nawet świątecznej listy (mamusiu, co to będzie!). Ale na szczęście jest lista sprzed roku, więc zawsze możemy z niej skorzystać.

W ubiegłym roku nie byłam zainteresowana menu świątecznym, bo jadłam głównie puree ziemniaczane i kanapki z szynką. Biała kiełbasa - za intensywna, ciasta - słodkie (a na słodkie ochoty nie miałam), ćwikła - za ostra, żurek - za kwaśny (zgaga!), sos tatarski - za kwaśny... 

Jajka farbowane naturalnymi barwnikami;
Niemniej jednak materiał zdjęciowy pozostał i może posłużyć za inspirację. A więc po kolei:  orzechowy mazurek z koglem-moglem i cytrynową nutą to już nasz świąteczny klasyk. Przepis znajdziecie tutaj. Ten mazurek robi się bardzo szybko i nie ma opcji, by nie wyszedł!

poniedziałek, 14 marca 2016

Lapidaria rzymskie, cz. I - na targu


Wiosna to wspaniały czas, by odwiedzić włoskie targowisko. Tyle tu życia, smaków, zapachów i kolorów! Dzisiaj kilka słów i nieco więcej zdjęć z mojej ubiegłorocznej wycieczki na Campo di Fiori (a tutaj znajdziecie krótką opowiastkę fotograficzną z naszego rzymskiego pikniku).
Oprowadzę Was po kulinarnych po straganach i pokażę, co ciekawego tu znalazłam. Niestety moje spacery na Campo di Fiori ograniczały się głównie do patrzenia, bo nie miałam gdzie gotować. Z porcją sałatki Macedonia spacerowałam między uginającymi się od pyszności stoiskami i marzyłam o tym, by zamieszkać w którejś z rzymskich kamienic z drewnianymi okiennicami i robić poranne wypady na targowisko po naręcza świeżych ziół, młodych cukinii i mięsistych oliwek, by piec ciasta z tutejszych klementynek, podjadać młody groszek i przygotowywać sałatki z mlecza.

sobota, 27 lutego 2016

Mój mały rzymski piknik

Campo di Fiori;
Campo di Fiori;
Ubiegłego marca polecieliśmy do Rzymu łapać wiosenne słońce i smaki. Chociaż w tamtym czasie moje samopoczucie nie było najlepsze, bo byłam w I trymestrze ciąży, w Wiecznym Mieście moje dolegliwości się rozpłynęły, wrócił mi apetyt i energia. Być może to zasługa włoskiego ciepła, być może bliskie sąsiedztwo Campo di Fiori, a może magia najlepszej kuchni świata, nie wiem... Faktem jest, że przywiozłam z tej wyprawy mnóstwo apetycznych zdjęć, które jednak nie doczekały się publikacji, bo już po powrocie do Polski wróciły moje dolegliwości.


poniedziałek, 22 lutego 2016

Food writing vs food reading, czyli pisanie o jedzeniu kontra czytanie o jedzeniu


Świat kulinariów to siateczka połączonych przyjemności - smakowanie, gotowanie, wreszcie pisanie o jedzeniu i jego fotografowanie. Odpowiedź, która z tych czynności jest najprzyjemniejsza, wcale nie jest dla mnie jednoznaczna. Są dni, kiedy mam ochotę gotować i wcale nie chce mi się jeść, innym razem zwijam się w kłębek na kanapie i chrupię, siorbię, mlaszczę, a czasem lubię zanurzyć się w słowach z kulinarnym podtekstem. Uwielbiam czytać dobre teksty o jedzeniu. 


poniedziałek, 15 lutego 2016

Każda przyjemność ma swój czas. Owsianka z chia i tonką.


Ten wpis zacznę od parafrazy parafrazowanych miliard razy słów poety: "śpieszmy się jeść owsiankę, tak szybko kończy się na nią sezon". Tik-tak, tik-tak, zegar odlicza dni do wiosny, dni do śniadań z twarożkiem z rzodkiewką w roli głównej, do pomidorów skropionych oliwą i hojnie posypanych bazylią, do miseczek jogurtu z truskawkami kaszubskimi. W korowodzie takich pyszności nie ma już  miejsca na poczciwą owsiankę, bo to dla mnie danie zarezerwowane na jesień i zimę, wiosną nagle tracę na nie ochotę. Na swe usprawiedliwienie dodam, że np. apetyt na truskawki zanika mi najpóźniej w sierpniu, arbuzy jem tylko latem, a po korzenie najchętniej sięgam zimną porą. Mój organizm został niezwykle dobrze zaprogramowany na naszą strefę klimatyczną.

wtorek, 9 lutego 2016

Vintage cooking: "Słońce w słoikach" Ireny Gumowskiej i kilka pomysłów na rokitnik


Dzisiejszym wpisem wracam do mojego cyklu Vintage Cooking, w którym szperam w starych książkach kulinarnych. Wszystkie teksty z tego cyklu znajdziecie tutaj.

A dziś, tak jak obiecałam, będzie o rokitniku.

***

LinkWithin

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...