środa, 17 czerwca 2015

Ciąża - sprawa narodowa (a z przepisów szczaw na zimę z serii Vintage Cooking)


Czy zdarzyło się Wam, że pijąc kawę czy jedząc lody albo ciasto z rabarbarem, wzbudziliście zdumienie pomieszane z dezaprobatą? Jeśli nie jesteście w ciąży, pewnie nie. Gorzej, jeśli macie widoczny już brzuch.


wtorek, 9 czerwca 2015

Na tarasie w dzień czerwcowy... (lekkie, letnie menu dla niedzielnych gości)


2015 to rok, w którym uświadomiłam sobie, że minie jeszcze wiele czasu, nim kupimy szare meble ogrodowe z Ikei, takie, które upatrzyłam sobie już sezon wcześniej. Miałam nadzieję, że kupiony kilka lat temu stary, podniszczony komplet nie przetrwa zimy i z lekkim sercem będę mogła go oddać.

Tymczasem stół, ławka i dwa fotele przeżyły zimę (w odróżnieniu od krzaczka malin, na którego z kolei bardzo liczyłam). Wyszły z niej nieco obdrapane, ale w pełni sprawne. Nie pozostało mi więc nic innego, jak pożegnać się z myślami o szarych pięknościach, tylko przygotować moje straszaki starszaki na kolejny letni sezon. Postanowiłam, że będą szare na wzór kuszących nowości z Ikei, jednak po pomalowaniu farba okazała się wręcz błękitna, co - nie ukrywam - bardzo mi się spodobało.

Po pomalowaniu staroci (luby), po ostatecznym rozłożeniu wszystkich donic i doniczek z bratkami, aksamitkami, słonecznikiem ozdobnym, rozmarynem, truskawkami, drzewkiem laurowym, bluszczem, tujami, bzem, malinami, krzaczkiem agrestu, różnymi rodzajami pomidorków koktajlowych, curry, tymiankiem, lubczykiem, oregano, bazylią, miętą i pigwą (ja) i złożeniu huśtawki ogrodowej* (luby i ja, z przewagą tego pierwszego), nadszedł czas na oficjalne otwarcie sezonu tarasowego.

Inauguracja odbyła się w owocowym gronie, bo przybyła na nią m.in. Śliwka (klik). Na stole pojawiły się lekkie, letnie potrawy: sałatka z młodych ziemniaczków z jajkami przepiórczymi, sałatka z arbuza, fety i czarnych oliwek, zawijasy z cukinii z kremowym serkiem i bruschetty pomidorowo-bazyliowe, z dwukolorowych pomidorów. 

środa, 3 czerwca 2015

Lapidaria kaukaskie, czyli Kaukaz dla początkujących



Rok temu o tej porze wędrowałam z Tomkiem po Kaukazie - odwiedziliśmy Gruzję, Armenię i Azerbejdżan. Z wyprawy przywiozłam wiele zdjęć, jeszcze więcej wspomnień. Dzisiaj , w rocznicę podróży, zaczynam od zbioru moich ogólnych spostrzeżeń, tego, co rzuciło mi się w oczy podczas wędrówki po Kaukazie (później postaram się spisać wrażenia z poszczególnych krajów). A dla ciekawych innych podróży czekają lapidaria izraelskie, litewskie, chorwackie, praskie czy włoskie.

I kilka słów wstępu: Kaukaz to chyba takie miejsce, które można tylko kochać albo nienawidzić. Jego chaos, dzikość, surowość mogą męczyć Europejczyka przyzwyczajonego do rozkładów jazdy, przejść dla pieszych, chodników bez dziur, czystych toalet, sterylnie przygotowywanego jedzenia czy sprawnych aut. Ja tę dzikość lubię, nie brzydzę się (z niewielkimi wyjątkami) brudu, akceptuję inny styl bycia i życia mieszkańców tamtego rejonu. Wizyta na Kaukazie pokazuje, jak bardzo - czy tego chcemy czy nie - cywilizowanym i zachodnim krajem jest nasza czysta, ułożona, spokojna ojczyzna.

poniedziałek, 25 maja 2015

A w maju lubię... (plus przydługi wstęp pt."Jak ciąża wpłynęła na mój intelekt")


Piszecie, że brakuje Wam wpisów-inspiracji z serii "Lubię...". Mi też. Problem jest tylko taki, że ilekroć próbowałam zabrać się za pisanie tekstu z tego cyklu, uświadamiałam sobie, jak niewiele jest rzeczy, którymi chciałabym się z Wami podzielić. Jakbym od kilku miesięcy wędrowała po intelektualnej pustyni.

Nie to, żebym się tłumaczyła, ale powiem Wam, że to ma związek z ciążą. Odkąd mam w brzuchu lokatora, mój umysł jakby spowolnił, stał się bardziej ociężały i leniwy. Jak gdyby cały zapas energetyczny, jaki mam, szedł w brzuch i nie istniała żadna rezerwa na mózg. Ciężko mi się skupić, ciężko pisać, nie mam ochoty na wystawy, odwiedziny galerii, wizyty w teatrze, nawet kino tak nie interesuje, jak kiedyś. Na przykład dwa miesiące temu, jak co jakiś czas, wybrałam się z lubym do Teatru Wybrzeże. To był  koszmar! Przez dwie godziny walczyłam, by nie zasnąć, a w momentach, w których nie chciało mi się spać, toczyłam ciężki bój z brzuchem, by nie czknąć w cichej sali, co mi się niestety zdarza i nad czym nie zawsze jestem w stanie zapanować. Straszny jest ten brak pełnej kontroli nad organizmem (ja go sobie tłumaczę jako przygotowanie do najgrubszej sprawy - porodu, ostatecznego triumfu fizjologii nad wolą ;).

Ciąża to dziwny czas, z jednej strony, po męczarniach związanych z pierwszym trymestrem, czuć energię i dużo radości, z drugiej, jest bardzo ograniczająca. Myślałam, że tylko fizycznie (zadyszka przy wchodzeniu po schodach, zmęczenie po spacerze, którego kiedyś bym nie poczuła, senność), ale niestety również intelektualnie. Ale nie narzekam, cierpliwie trwam w tym stanie, nie zmuszam umysłu do aktywności, której mu ciężko podołać, bo wierzę, że w życiu wszystko ma swój czas i miejsce. Mój mózg jest teraz na małych wakacjach, ale wiem, że kiedy te się skończą, wszystko wróci na miejsce.

Dzisiaj więc majowe "Lubię..." trochę na opak, bo z szerszym wstępem niż wyliczanką, ale i tak jestem dumna, że udało mi się zebrać trochę inspiracji! Zatem do rzeczy, w maju lubię...


1. Streetwaves - coroczną imprezę wnikającą w tkankę miejską. W tym roku Streetwaves wchodzą w falowce na Przymorzu i w oliwską Dolinę Radości, dwa zupełnie odmienne, ale równie intrygujące miejsca. Hasło tegorocznej imprezy - "Dobra samotność", czas trwania: 30-31.05.15 r., program: tutaj.

wtorek, 19 maja 2015

Bzzzzz... bzzzzyyy (steki z kalafiora)



Ale się ustawiłam! Odwiedziłam rodzinę akurat w momencie, gdy zakwitła nasza bzowa aleja prowadząca do domu. Dzięki temu cały czas mogłam się cieszyć zapachem moich ukochanych kwiatów. Wyjechałam, gdy bzy powoli zaczynały przekwitać, ale w Gdańsku weszły właśnie w fazę kwitnienia. 

czwartek, 14 maja 2015

Za dużo szczęścia naraz (najprostszy placek rabarbarowy)




Oglądałam kiedyś reportaż o bywalcach wiejskich imprezowni. Nie pamiętam tytułu, więc nie przywołam źródła, ale pewną scenę chciałam dziś opisać. W jednej z rodzin, do których reżyser zawitał z kamerą, trwało świniobicie. Wszyscy, poza jednym jedynym chłopakiem, byli z tego powodu przeszczęśliwi. Świniobicie to wielkie święto, zwiastun obfitości i wielkiej uczty. Kamera dotarła do chłopaka i zapytała, czemu jest smutny, przecież wieczorem rusza na dyskotekę, a w gospodarstwie dziś świniobicie. A on rzekł wtedy: "za dużo szczęścia naraz". To powiedzenie na stałe weszło do naszego domowego słownika i oznacza sytuację, w której otacza człowieka tyle dobroci, tyle cudowności, że nie jest w stanie ich ogarnąć.

Dokładnie tak jest z majem. Tyle szczęścia naraz!

poniedziałek, 4 maja 2015

Ludzie, pieczcie granolę! (łatwa i pyszna granola z suszoną miechunką i wiśniami)

   
Piątkowy poranek. Wstaję i czuję, że muszę, mu-szę zjeść na śniadanie granolę z rozkosznie zimnym mlekiem. Przeszukuję wszystkie szafki i nie znajduję ani grama granoli lub czegoś, co mogłoby ją imitować. Chcę nawet upiec sobie szybką porcję, ale nie miałam soku owocowego ani wystarczającej ilości płatków owsianych, więc wybieram się do pobliskiego spożywczaka. 

czwartek, 30 kwietnia 2015

Cud Miód Box - wyniki sentymentalnego konkursu

Bardzo dziękuję za liczny udział w konkursie, wpłynęło ponad 30 zgłoszeń. Wybór zwycięzców nie był łatwy, jak zawsze.



piątek, 24 kwietnia 2015

Przyjaciel pstrąg (pieczony pstrąg z migdałami)



Nic tak nie cieszy jak widok pierwszych zielonych listków, krokusów, które rozświetliły pozimową szarość. Spaceruję po parku, wącham fiołki, wystawiam twarz do słońca i tylko jednego mi brakuje: prawdziwych nowalijek. Zdarza mi się kupić dzisiejsze "nowalijki", ale moje łakomstwo zawsze zostaje ukarane, nic nie ma jeszcze smaku.


poniedziałek, 20 kwietnia 2015

Z nutą retro (kruche ciasteczka z konfiturą rabarbarową) + pyszny konkurs



Na krajowej siódemce, nieopodal Ostródy, jest miejsce, które często odwiedzam w drodze Gdańsk-Przasnysz. W Młynie pod Mariaszkiem zatrzymujemy się tylko po to, by napić się kawy, ale jeszcze nigdy nie skończyło się wyłącznie na niej. W wersji minimum, zamawiamy pyszne kruche ciasteczka przekładane dżemem malinowym. W zasadzie określenie dżem nie jest słuszne, bo maliny wydają się być przygotowywane na świeżo - wydaje mi się, że są podgrzewane z cukrem do momentu puszczenia soków i lekkiej redukcji płynów. Czuć jeszcze ich świeżą kwaskowatość i strukturę, jakiej nie mają owoce zmaltretowane długą przeróbką.

LinkWithin

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...